2.02.2008
Przylecielismy rano. Na lotnisku nienajlepsze wrazenie robi procedura uzyskiwania wizy - na formularzu jest wpisany koszt 1000 Bahtow (ok.75 zl), ale urzednicy chetnie przyjma oplate 40 $ - ok. 100 zl, na szczescie niedaleko jest kantor. Trzeba tez podac adres pobytu w Tajlandii, spisalismy wiec cokolwiek z przewodnika i troche ze strachu wlasnie tam trafilismy - na szczescie niezle. Ponadto wisi informacja, ze w razie wykupienia wizy jest jeszcze opcja nie zostania wpuszczonym do Tajlandii i wtedy koszt wizy nie podlega zwrotowi... a kontrolujacy paszporty robia przy tym dziwne miny i napiecie rosnie.
Ku polepszeniu nastrojow jak juz nas wpuscili od razu zrobilo sie milej - przy informacji turystycznej na lotnisku zlapal nas ktos wreczajac niezla mapke miasta i informujac o mozliwosciach dojazdu do centrum, a ekspresowy autobus byl klimatyzowany i naprawde szybki.
Przewodniki podaja, ze stezenie tlenku wegla w miescie siega czasem poziomu zagrazajacego zyciu - czujemy to nawet my, Slazacy. Mimo zurbanizowania, obecnosci zachodnich sieci sklepow i innych nowoczesnosci jest to jednak egzotyczne miasto.
Tuz po wyjsciu z hostelu mlody, z pozoru pomocny czlowiek, chcial naciac nas na slynny juz numer "wszystko zamkniete, tylko kilka swiatyn dziala, ja Wam zalatwie tanio tuktuka do wozenia po czynnych atrakcjach", czyli po sklepach, placacych mu prowizje.
Zwiedzanie, jak wiekszosc turystow, zaczelismy od Wielkiego Palacu i przylegajacej Wat Pra Kaeo - kompleksu swiatyn, z najwazniejsza, mieszczaca legendarny posag Buddy z zielonego jadeitu, zwanego przez pomylke jubilerska szmaragdowym. Od razu czuje sie, ze mozliwosc obejrzenia tych atrakcji to laska wyswiadczona ludzkosci przez krola i krolowa i jak juz z niej korzystamy robmy to szybko i nienachalnie, bez zbednych pytan, czy drogi bilet naprawde wazny jest 7 dni (bo jest tylko na niektore miejsca, te mniej atrakcyjne). Juz przy ulicy w okolicach Palacu szokuje ilosc straganow ze zdjeciami pary krolewskiej, medalikami z portretem krolowej na lancuszku ze sztucznych perel, wszystko kojarzy sie troche z Czestochowa, a kiczem i feeria barw bije nasze dewocjonalia na glowe. wszystko, co sie swieci, jest wlasciwym materialem zdobniczym - idac mijalismy wiele pomnikow, ozdobionych potluczonymi lusterkami, szkielkami albo polamanymi plytami CD.
Same swiatynie, przystrojone podobnie, przez swoje rozmiary i ilosc w jednym miejscu, wywieraja jednak wrazenie pieknego, bajkowego, kolorowego swiata. Symbolike wystepujacych tu figur znamy juz troche z Angkoru, ale pomieszanie buddyzmu z hinduskimi legendami wciaz wprowadza zamieszanie. (Postaramy sie uporzadkowac sobie wszystko i opisac wypoczywajac na plazy:) Posag Buddy jest wciaz miejscem kultu i pielgrzymek, przed wejsciem do swiatyni skladane sa ofiary z kwiatow, ktorych nie wolno wczesniej wachac, by nie zubozyc ich zapachu, kadzidelek a nawet jajek, w srodku modli sie duzo mnichow i pielgrzymow, nie wolno tam robic zdjec i kierowac stop w strone oltarza (rowniez pokzanie podeszew Azjacie jest obrazliwe, zapobieganie obrzekom przez wylozenie nog na krzeslo nie wchodzi tu w gre).
Wieksza czesc terenow Palacu Krolewskiego jest niedostepna zwiedzaniu, na razie podziwialismy z zewnatrz fasade budowli zwanej "cudzoziemcem w tajskim kapeluszu" - krol Rama V jako pierwszy tajlandzki wladca byl w Europie i po powrocie zatrudnil angielskiego archiekta, by zaprojektowal mu klasycystyczna siedzibe, ale pod presja rodziny dodano do niej trzy tajskie wieze. Przyciete na ksztalt duzych bonsai albo figur z legend drzewka dodaja uroku temu miejscu i licznym strzegocym go zolnierzom, w tym dwom niewzruszonym jak przed Palacem Buckhingam.
Wracajac przez plac szumnie zwany krolewskimi gruntami, a sluzacy m.in. za postoj dla autobusow, moglismy podziwiac z daleka dachy budynkow, ogladanych wczesniej z bliska oraz tajlandzka sztuke puszczania latawcow - popularna tu rozrywke dzieci i doroslych.
Nasz guesthouse, mimo bliskosci najgwarniejszej tutystycznej arterii miasta jest cichy i pozwala na odpoczynek od zgielku. Na ta handlowo-knajpiana ulice Khao San, odwiedzana licznie przez "plecakowiczow" udajacych sie przez Bangkok do mniej cywilizowanych krajow Azji, wybylismy dopiero poznym wieczorem. Jest tu wszystko - czesto podrabiane - plyty, konfekcja od T-shirtow, przez indyjskie ciuszki i lancuszki po garnitury Armaniego;) szyte na miare (65 euro), podrabiane dokumenty, studia tatuazu, SPA i nauki tajskiej kuchni i wszelkiego rodzaju lokale. Wlasnie czekamy na pizze przygotowana przez prawdziwego Wlocha i slychac tu multo Italiano :) Pachnie pieknie