09 luty 2008

Wracamy do domu :)

Za chwilke wylatujemy. Do zobaczenia!

Zdjecia z Singapuru

Singapur

7.02. po poludniu z przyjemnoscia ponownie powitalismy to czysciutkie miasto i Nowy Rok Ksiezycowy - chinski Rok Szczura. Z tej okazji sa tu dwa dni wolne od pracy, festyny przy Esplanadzie - centrum koncetowym nad zatoka i tlumy przy jedynych otwartych atrakcjach - Zoo i wyspie Sentosa, gdzie mieszcza sie plaze, pole golfowe, oceanarium i inne rozrywki. Inaczej niz w Bangkoku nie ma tu osobnych kolejek dla miejscowych i turystow, co tym razem byloby korzystne :)
Mieszkamy w dzielnicy Male Indie, gdzie zycie wsrod kolorowych postkolonialnych budyneczkow toczy sie zwyczajnie, odprawiane sa modly w hinduskich swiatyniach a restauracje glosno zapraszaja na tylko troche ostre ;) indyjskie potrawy. Jest tu sporo hosteli i barow dla "plecakowiczow", ale my wolelismy zjesc w towarzystwie samych Hindusow, ktorzy przyjeli nas goscinnie i z sympatia, podajac wiecej niz zamowilismy - do skosztowania. Rowniez w Swiatyni Bogini Kali nikomu nie przeszkadzaja turysci, o ile takze sciagna buty. Przy oszalamiajaco glosnej muzyce trab i bebnow kaplani pala przed licznymi oltarzykami ofiary z owocow i kwiatow, wierni popiolem maluja sobie znaki na czolach, a po nabozenstwie - Pudzy, na tylach swiatyni wspolnie spozywaja ryz z curry, albo zabieraja do domu na lisciach bananowca czesc nie spalonych ofiar - chyba za drobna oplata.
Wieczorem spacerowalismy przez bajecznie udekorowane czerwonymi lampionami Chinatown, potem wokol Esplanady. Podziwialismy wystepujacych na kilku scenach artystow - muzykow, piosenkarzy, akrobatow i rewelacyjny pokaz sztucznych ogni, strzelajcych z zamknietego dla ruchu mostu.
Obchody Nowego Roku trwaja tu juz od 19.01., a najwieksze parady beda na zakonczenie - 15 i 16 lutego. Akurat te dwa dni, jakie tu spedzamy, Chinczycy poswiecaja na swietowanie z rodzina i obdarowuja sie prezentami. Nawet przyjemnie wpisac sie w ten aktualnie leniwy nastroj i nigdze sie nie spieszyc - muzea otworza dopiero jutro.
Dzis wiec wraz z polowa Singapuru i jego goscmi wyruszlismy na wyspe Sentosa. Kolejki do srodkow transportu - kolei linowej, pociagu napowietrznego i autobusow nawet nas, pamietajacych troche te za papierem toaletowym, zniechecily i wrocilismy powloczyc sie po Orchard Road - ulicy luksusowych wiezowcow i sklepow, w wiekszosci zamknietych - na szczescie ;) Krzysiek byl w NY, ale ja kryty granitem drapacz chmur widzialam pierwszy raz w zyciu.
Upewniwszy sie w dzialajacej mimo swieta informacji turystycznej, ze naprawde zadne muzeum nie dziala, odstalismy swoje i znow bylismy na wyspie z plaza, jakze inna od tej z naszej tajlandzkiej wysepki (patrz zdjecia). Delfinarium jest tu malutkie, ale sympatyczne - niespotykanych gdzie indziej rozowych delfinow nie przemecza sie zbytnio. "Podwodny Swiat" slynie z przezroczystego tunelu, ktorym przemieszczaja sie ludzie, a wokol nich plywaja wszelakie ryby - od malutkich po spore rekiny tygrysie i plaszczki. Jest to slawa calkowicie zasluzona! Idac posrod mnostwa plywajacych stworzen, spogladajac ponad siebie na brzuchy ryb, bedac sledzonym przez bogato uzebione - a mozna ocenic to z bliska - rekiny, zapomina sie o calym swiecie. Innymi milymi atrakcjami sa tam otwarte baseniki, gdzie mozna zanurzac rece i glaskac rybki albo zakupionym na miejscu pokarmem je podtuczyc, lub maly dzial z zywymi skamielinami, zwierzetami, o ktorych uczylismy sie na biologii. Siedzielismy tam do zamkniecia, calkowicie rozanieleni. Wracajac juz do miasta skusilismy sie jeszcze na spacer wsrod dyskretnych dzwiekow skrzypiec i harf przez wystawe kwiatow - ulozonych w kompozycje, rzezby i obrazy, i trafilismy na bajeczna i bardzo dluga fontanne-strumyk w stylu Gaudiego. Wszystko to noca, pieknie oswietlone, zachwyca, mimo innej niz europejska estetyki, odrobine kiczowatej.
Jutro ostatni dzien naszych wakacji - planujemy spedzic go intensywnie :)

Nasza wysepka - Ko Samet.

4.02.-6.02.2008
Coz mozemy napisac o radosnym lenistwie?
Plaze wybralismy mala i spokojna (Ao Cho), spory kawalek od glownego portu (Na Dan) przebylismy czesciowo na pace pickupa, czesciowo piechota. Po przebyciu zwyczajowego tajlandzkiego balaganu, typu grzebiace w smieciach kury albo resztki motocykli, miedzy droga a osrodkiem dla turystow, stojace na zboczu skalistego brzegu bungalowy z widokiem na morze okazaly sie przyzwoite i odpoczelismy juz pierwszego popoludnia. Woda Zatoki Tajlandzkiej byla w sam raz - na tyle ciepla, by wejscie do niej bylo tylko orzezwiajace, chlodna, by dobrze sie plywalo, slona, by unosila ludzkie cialo bez wysilku z jego strony i slodka, by nie szczypala mocno w oczy, gdy zaleje je fala. Troche zaskoczyla nas lezaca pierwszego wieczoru w plazowej restauracji na piasku ogromna czarna swinia, ale tajska zupa z mleka kokosowego imponowala iloscia krewetek, a wieprzowina byla smakowita i swiezutka. Na drugi dzien swinia zreszta zniknela :)


07 luty 2008

Zdjecia z Bangkoku II

03 luty 2008

Bangkok - dzien I

2.02.2008
Przylecielismy rano. Na lotnisku nienajlepsze wrazenie robi procedura uzyskiwania wizy - na formularzu jest wpisany koszt 1000 Bahtow (ok.75 zl), ale urzednicy chetnie przyjma oplate 40 $ - ok. 100 zl, na szczescie niedaleko jest kantor. Trzeba tez podac adres pobytu w Tajlandii, spisalismy wiec cokolwiek z przewodnika i troche ze strachu wlasnie tam trafilismy - na szczescie niezle. Ponadto wisi informacja, ze w razie wykupienia wizy jest jeszcze opcja nie zostania wpuszczonym do Tajlandii i wtedy koszt wizy nie podlega zwrotowi... a kontrolujacy paszporty robia przy tym dziwne miny i napiecie rosnie.
Ku polepszeniu nastrojow jak juz nas wpuscili od razu zrobilo sie milej - przy informacji turystycznej na lotnisku zlapal nas ktos wreczajac niezla mapke miasta i informujac o mozliwosciach dojazdu do centrum, a ekspresowy autobus byl klimatyzowany i naprawde szybki.
Przewodniki podaja, ze stezenie tlenku wegla w miescie siega czasem poziomu zagrazajacego zyciu - czujemy to nawet my, Slazacy. Mimo zurbanizowania, obecnosci zachodnich sieci sklepow i innych nowoczesnosci jest to jednak egzotyczne miasto.
Tuz po wyjsciu z hostelu mlody, z pozoru pomocny czlowiek, chcial naciac nas na slynny juz numer "wszystko zamkniete, tylko kilka swiatyn dziala, ja Wam zalatwie tanio tuktuka do wozenia po czynnych atrakcjach", czyli po sklepach, placacych mu prowizje.
Zwiedzanie, jak wiekszosc turystow, zaczelismy od Wielkiego Palacu i przylegajacej Wat Pra Kaeo - kompleksu swiatyn, z najwazniejsza, mieszczaca legendarny posag Buddy z zielonego jadeitu, zwanego przez pomylke jubilerska szmaragdowym. Od razu czuje sie, ze mozliwosc obejrzenia tych atrakcji to laska wyswiadczona ludzkosci przez krola i krolowa i jak juz z niej korzystamy robmy to szybko i nienachalnie, bez zbednych pytan, czy drogi bilet naprawde wazny jest 7 dni (bo jest tylko na niektore miejsca, te mniej atrakcyjne). Juz przy ulicy w okolicach Palacu szokuje ilosc straganow ze zdjeciami pary krolewskiej, medalikami z portretem krolowej na lancuszku ze sztucznych perel, wszystko kojarzy sie troche z Czestochowa, a kiczem i feeria barw bije nasze dewocjonalia na glowe. wszystko, co sie swieci, jest wlasciwym materialem zdobniczym - idac mijalismy wiele pomnikow, ozdobionych potluczonymi lusterkami, szkielkami albo polamanymi plytami CD.
Same swiatynie, przystrojone podobnie, przez swoje rozmiary i ilosc w jednym miejscu, wywieraja jednak wrazenie pieknego, bajkowego, kolorowego swiata. Symbolike wystepujacych tu figur znamy juz troche z Angkoru, ale pomieszanie buddyzmu z hinduskimi legendami wciaz wprowadza zamieszanie. (Postaramy sie uporzadkowac sobie wszystko i opisac wypoczywajac na plazy:) Posag Buddy jest wciaz miejscem kultu i pielgrzymek, przed wejsciem do swiatyni skladane sa ofiary z kwiatow, ktorych nie wolno wczesniej wachac, by nie zubozyc ich zapachu, kadzidelek a nawet jajek, w srodku modli sie duzo mnichow i pielgrzymow, nie wolno tam robic zdjec i kierowac stop w strone oltarza (rowniez pokzanie podeszew Azjacie jest obrazliwe, zapobieganie obrzekom przez wylozenie nog na krzeslo nie wchodzi tu w gre).
Wieksza czesc terenow Palacu Krolewskiego jest niedostepna zwiedzaniu, na razie podziwialismy z zewnatrz fasade budowli zwanej "cudzoziemcem w tajskim kapeluszu" - krol Rama V jako pierwszy tajlandzki wladca byl w Europie i po powrocie zatrudnil angielskiego archiekta, by zaprojektowal mu klasycystyczna siedzibe, ale pod presja rodziny dodano do niej trzy tajskie wieze. Przyciete na ksztalt duzych bonsai albo figur z legend drzewka dodaja uroku temu miejscu i licznym strzegocym go zolnierzom, w tym dwom niewzruszonym jak przed Palacem Buckhingam.
Wracajac przez plac szumnie zwany krolewskimi gruntami, a sluzacy m.in. za postoj dla autobusow, moglismy podziwiac z daleka dachy budynkow, ogladanych wczesniej z bliska oraz tajlandzka sztuke puszczania latawcow - popularna tu rozrywke dzieci i doroslych.
Nasz guesthouse, mimo bliskosci najgwarniejszej tutystycznej arterii miasta jest cichy i pozwala na odpoczynek od zgielku. Na ta handlowo-knajpiana ulice Khao San, odwiedzana licznie przez "plecakowiczow" udajacych sie przez Bangkok do mniej cywilizowanych krajow Azji, wybylismy dopiero poznym wieczorem. Jest tu wszystko - czesto podrabiane - plyty, konfekcja od T-shirtow, przez indyjskie ciuszki i lancuszki po garnitury Armaniego;) szyte na miare (65 euro), podrabiane dokumenty, studia tatuazu, SPA i nauki tajskiej kuchni i wszelkiego rodzaju lokale. Wlasnie czekamy na pizze przygotowana przez prawdziwego Wlocha i slychac tu multo Italiano :) Pachnie pieknie

Zdjecia z Bangkoku