Motyle, dzungla i Georgetown
24.01.2008
Dzis wygralismy z komunikacja miejska, troche czasu to kosztowalo, ale
jezdzilismy tylko autobusami - atrakcja sama w sobie, szczegolnie
wyprzedzanie na zakretach i przeganianie z drogi motocyklistow. Tuz po
przebudzeniu pojechalismy na farme motyli - cos pieknego! Mnostwo
kolorowych, trzepoczacych skrzydelek wsrod roslin i kwiatow, w budyku
z siatki, ze zraszaczami chlodzacymi przyjemnie i oczkami wodnymi z
plywajacymi duzymi rybami. Nabralismy apetytu na przyrode i
pojechalismy do Teluk Bahang - rybackiej wioski, w ktorej jest wejscie
do Parku Narodowego Penang. Przed wyprawa posililismy sie w portowym
barze, niesamowicie tanim. Skosztowalismy nawet swiezutkiego kraba,
ktorego rozlupac pomogla nam szefowa kuchni. Przyjemnie bylo z pelnym
brzuszkiem obserwowac z pomostu prace tutejszych rybakow. Wejscie do
parku trzeba zarejestrowac w biurze. Zapytano nas, ktory cel wybieramy
i podano czas przejscia polowe krotszy niz w opisie. Pomyslelismy, ze
to tak jak nasze oznaczenia w gorach i pelni wiary we wlasne sily
ruszylismy na Plaze Malp. Trasa wiodla granica plazy i dzungli,
towarzyszyl nam wiec szum fal i tajemnicze odglosy lasu, glownie
cykanie i bzyczenie, bardzo zreszta glosne. Po polgodzinnej wedrowce
bylismy mokrzy, a Magda juz marzyla, ze moze z tej plazy beda kursowac
jakies lodki. Godzina wystarczyla, aby gleboko rozumiec podroznikow
przedzierajacych sie z trudem przez dzungle ;) Na szczescie
zauwazylismy malpy. One nas tez. Obserwowalismy sie nawzajem i nawet
przestalismy sie siebie bac, szczegolnie, ze w plecaku byly jeszcze
rodzynki z samolotu. Jak sie skonczyly trzeba bylo udac sie spowrotem,
zeby nie psuc poprawnosci wzajemnych stosunkow... Nie szkodzi, ze do
wlasciwego celu podrozy nie dotarlismy.
Wieczorem wybralismy sie do Georgetown. Riksza pojechalismy do portu -
przezycie wieksze niz jazda autobusem, szczegolnie przejazd przez
skrzyzowanie na czerwonym. Pospacerowalismy po starowce, ktorej
swietnosc dawno minela i najwiekszym atutem jest roznorondnosc
kulturowa wsrod postkolonialnych budynkow. Wszedzie jezdza samochody,
gra najrozniejsza muzyka i generalnie jest halas. Wrocilismy
autobusem, na ktory czekalismy ponad 40 mninut, co umilaly nam kobiety
w sari, inni Indyjczycy i Arabowie, a wszyscy zainteresowani dokad
jedziemy i przekonani, ze nasze ''lan o lan'' w koncu nadjedzie
(autobus do naszej wioski ma nr 101).
Teraz siedzimy sobie na tarasie, sluchamy szumu fal i obserwujemy
gekony - male jaszczurki, ktore walcza ze soba na suficie. Jutro
ruszamy na wzgorza herbaciane.

Komentarze (2):
Duzym bledem bylo ogladanie waszego "dziennika" przy mojej Justynie z przyczepiona do wiadomo-czego, wiecznie glodna nasza coreczka. Justyna mogla tylko z zalem westchnac:).
Ale cierpliwosc uszlachetnia. My tez musimy podazyc Waszym sladem. Jeszcze tylko... lat i odnajdziemy Wasze slady. Na pewno.
(A'propos: zostawcie jakis "umowny slad" ktory mozna by bylo odnalezc. Nie namawiamy do dtapania po drzewach, ale moze cos da sie wymyslic :).
Pozdrawiamy
Slawek i Justyna
A w Polsce ziąb i wilgoć też, tylko przenikliwie zimna. I szaro-buro bez motyli.
Ciekawe, czy w drodze na Plażę Małp zaglądaliście trochę do tego lasu, żeby podejrzeć, czyje to odgłosy. Pamietasz Madziu, jak Adasia zainteresowała muzyka Pink Floydów? ("ciocia, ciocia, co to za dziwne dźwięki wydostają się z Magdy pokoju?"). To niesamowite, że karmiliście małpki rodzynkami. A to łasuchy. Ciekawe, czy podchodziły do Was i jadły Wam z ręki.
A propos podróży rikszą i przejazdów na czerwonym świetle. Gdzie straż miejska??? Czy tam nie powołano sądów grodzkich???
Jak możecie, nagrajcie trochę tego szumu ulicznego, który jest pewnie charakterystyczny i może mułły.
Teraz Kotki pewnie już smacznie śpicie, dobrej nocy, trzymajcie się zdrowo.
Całuski.
Prześlij komentarz
<< Strona główna