24 styczeń 2008

Penang

Penang
23.01.2008
Z Johor Bahru dolecielismy liniami Air Asia - zupelnie jak europejskie
WizzAir, tylko w czerwonych barwach i nie przekraczalismy zadnej
granicy.
Na wyspie jest chyba jeszcze gorecej, a na pewno wilgotniej niz w
Singapurze. Od razu musielismy sobie radzic z kompletnym brakiem
rozkladu jazdy autobusow, na szczescie taksowki sa tanie, a
taksowkarze przyjazni - Indyjczyk, ktory nas wiozl zboczyl z drogi,
zeby pokazac nam roztanczonych wyznawcow hinduizmu swietujacych przy
specjalnie wybudoawanych, kolorowych oltarzach na ulicach Georgetown.
My jednak tesknilismy juz za cisza, morzem i plaza, pierwszego dnia
lenilismy sie wiec w mniejszym turystycznym miasteczku Batu Ferringhi,
tuz przy naszym BabaGuesthouse, budzeni tylko przez spiew mully z
meczetu tuz obok. W okolicy jest wiecej pokoi goscinnych, prowadzonych
w wiekszosci przez Chinczykow, a takze liczne, duze hotele oraz
zatrzesienie drobnych biznesikow - restauracji, a glownie stoisk z
jedzeniem i plastikowymi krzeslami, salonikow masazu stop, biur
wycieczkowych i oczywiscie wszelkiego rodzaju sklepikow. Trudno przy
glownej ulicy znalezc ciche miejsce, nam udalo sie zjesc w
restauracji na uboczu i nawet widzelismy wylazacego z rzeczki obok
jaszczura. Na plazy wieczorem mozna spotkac Malajczykow z wedkami lub
z malymi sieciami, lowiacych cos, czego nie udalo nam sie zobaczyc.
Tutaj jednak tez interes knajpiany kwitnie do poznej nocy, co ma swoje
dobre strony - mozna lezec, patrzec w gwiazdy, sluchac szumu fal i
Erica Claptona :)

Komentarze (1):

24 styczeń 2008 19:19 , Blogger Mamusia pisze...

U nas dzwony kościelne, a tam śpiew mułły. Co za świat!!!
Nie skusiliście się na masaż stóp? Bardzo fajnie, że podajecie bieżące informacje. Uściski.

 

Prześlij komentarz

<< Strona główna