26 styczeń 2008

Plantacja herbaty, dzungla i Orang Ansli

26.01.2008.
Chlodniejszy klimat Gor Cameron - ok. 20 stopni - sprzyja aktywnemu
wypoczynkowi. Juz wczoraj poszlismy na "spacer" jedna z wyznaczonych
po dzungli sciezek. Dzis, po zakupie mapy, okazalo sie, ze wybralismy
najtrudniejsza i dlugo bedziemy wspominac wspinaczke wsrod nawolywan
ptakow przez bujna roslinnosc i pospieszny powrot, aby zdazyc przed
zmrokiem. Postanowilismy jednak wykupic zorganizowana wycieczke i dzis
zaczelismy dzien od jazdy Land Rowerem z lat szescdziesiatych po
kretych gorskich drogach, gdzie przed kazdym zakretem trzeba dac znac
klaksonem, ze sie jedzie. Przewodnikiem byl wesoly Hindus chetnie i
duzo opowiadajacy o miejscowych atrakcjach, gdyz tu sie wychowal.
Plantacja herbaty byla pierwszym postojem. Kojaca zielen udrapowanych
krzewami stokow gor wsrod mgiel to widok, ktorego nie da sie
zapomniec. Energicznej indyjskiej angielszczyzny, w ktorej
wysluchalismy opowiesci o historii i produkcji tego napoju chinskich
krolow tez nie zapomnimy :) Nastepnym punktem byl las porosniety
mchami i wspinaczka na najwyzsze tutejsze szczyty - Gunung Brinchang
(2000m.) i Gunung Irau (2090m.). Droga dojezdza prawie do celu, takze
nie zmeczylismy sie, niestety nie byla to spodziewana przeze mnie
piesza trasa, ale moze dobrze. Las mchow sliczny, tajemniczy a widok z
gory piekny mimo mgiel. Po "trudach wspinaczki" pojechalismy na
herbatke BOH (best of highlands - kompania rodziny Russel) do
malowniczo polozonej kawiarni, zbudowanej podobno w
europejskim/skandynawskim/japonskim stylu - faktycznie ciekawa...
Swieza herbata pyszna, maja gatunki czarnej herbaty polecane do
dodawania mleka i aromatyczne, szkoda, ze tyle jeszcze przed nami
drogi i nie chcielismy przepelniac plecaka. Potem znow farma motyli,
ale tu atrakcja byly insekty, radosnie wyciagane przez oprowadzajacego
z terrariow i przekazywane ciekawej turystce, przez chwile mialam wiec
bransoletke ze stonogi i ze strachem goscilam na dloni skorpiona.
Wycieczka na tym sie konczyla, ale my jeszcze mielismy apetyt na
truskawki, jednak nic nie dorownuje tym od Mamy Krzysia. Nawet
bezposrednio na farmie sa ona tu zreszta drozsze niz w Polsce, za to
sa przez caly rok, podobnie jak warzywa, po ktore podbno przyjezdzaja
tu az z Singapuru. Z tych nieobecnych w Polsce rzuca sie w oczy
fioletowy kalafiorobrokul, ale targ wyglada zupelnie jak w Zabrzu.
Wrocilismy do Tanah Raty taksowka po dlugim spacerze poboczem - las
jest tu jednak zbyt gesty a mapy "artystyczne", rozkladow jazdy nie
ma...
Malo nam bylo spacerow, wiec szczesliwi, ze udalo sie znalezc wejscie
na oznaczona jako srednio trudna sciezke, powedrowalismy do lasu. Tu
spotkala nas niespodzianka - po chwili wspinaczki Krzysiu zauwazyl
siedzacego na drzewie czlowieka z dluga "rurka" przy ustach. Po
lekturze opisow wycieczek domyslilismy sie, ze to Orang Asli, rdzenny
mieszkaniec Malezji, polujacy przy pomocy "blow pipe", w wolnym
tlumaczeniu "dmuchawki". Niestety gestami odmowil fotografii. Od tego
spotkania staralismy sie isc inaczej niz "biale twarze - sapiace
niedzwiedzie", zauwazylismy wiec tez innych tubylcow, ubranych jak ten
na drzewie w normalna koszule i spodnie, spostrzeglismy tez, ze
pogwizdywania brane przez nas za spiew ptakow, to ich nawolywania. Nie
zalujemy wiec juz, ze nie pojechalismy do ich stworzonej dla turystow
wioski, widzielisy ich w akcji :) Powrot z wyznaczonej sciezki, ktora
nagle przestal byc oznakowana umozliwily nam linie i stacja wysokiego
napiecia - cala Malezja - kraj wyrwany dzungli i dazacy do idei
spoleczenstwa zindustrializowanego, mieszkan w blokach, ktore szpeca
krajobraz i zunifikowanej, choc wielokulturowej ludnosci. Moze to
niewygodne dla turystow, ale globalizacja dotarla tu juz dawno.
Teraz siedzimy przy naszym tanim pensjonacie, plonie ognisko, Krzys
wymienia informacje o ojczyznach z Malezyjczykami, ktorzy czasem
zagraja na gitarze jakas tajska ballade rockowa - jak w Polsce :)

Komentarze (1):

26 styczeń 2008 22:13 , Blogger Mamusia pisze...

Żebyście tam Kotki tylko nie zabłądzili!!! Jutro do Kuala Lumpur, a w zasadzie w Malezji to już dzisiaj. Proszę o dalsze wpisy na gorąco - czyta się je jak wyprawy Tomka - z szeroko otwartymi oczami i buzią.

 

Prześlij komentarz

<< Strona główna