23 styczeń 2008

Singapur i Johor Bahru

Do Singapuru lecielismy przez Amsterdam. Krotkim spacerem nad kanalami
pozegnalismy europejska pogode - deszcz szybko zagonil nas do
kawiarenki. Dwunastogodzinny lot w wiekszosci przespalismy, co bylo
swietnym odpoczynkiem po gonitwie przed wyjazdem.
Po przylocie od razu szok temperaturowy - slonce i 31 stopni. W
terminalach mimo klimatyzacji lekka wilgoc, za to bogata, naturalna
roslinnosc, duzo storczykow.
Juz widoki przed ladowaniem zapowiadaly niezwykle uporzadkowane
miasto. Kontrola paszportowa poszla sprawnie i wcale nie bylo
przeszukiwania bagazy, kwestionowania zawartosci apteczki, ani nawet
pytania o cel podrozy - pieczatka do paszportu i to wszystko. Kartke z
naszymi danymi, wypelniona jeszcze w samolocie, takze ostemplowano i
polecono oddac przy wyjezdzie.
Z lotniska pojechalismy metrem do centrum. Jest tu niesamowicie czysto
- slynne zakazy przynosza rezultat, w metrze nie wolno jesc ani pic,
na niemal sterylnie czystej podlodze z oburzeniem wiec zauwazylismy
jeden papierek.
Miasto robi wrazenie rozmiarami i wzajemnym ukladem wiezowcow, innych
nowoczesnych i ciekawych architektonicznie budynkow, zabudowy w stylu
kolonialnym oraz obfita i wypielegnowana zielenia. Wszystko to
podkreslone jest jeszcze przez wkraczajace do city morze. Ze stacji
City Hall, po przezwyciezeniu oszolomienia i czesciowym rozszyfrowaniu
mapy, ruszylismy na przechadzke . Spacerowalismy wokol budynku opery o
charakterystycznych luskach. Magda zjadla loda o smaku owocu duriana -
ciezko okreslic smak: czosnek, cebula i cos slodkiego - nie wiem, czy
chce go skosztowac. Zrobilismy, jak chyba wszyscy turysci, obowiazkowe
zdjecie z symbolem miasta. Zajrzelismy tylko nad rzeke, a bardziej
kanal Singapur i zaczelismy sie zbierac do Malezji z mysla, ze cale
szczescie jeszcze tu wrocimy i to na chinski Nowy Rok.
Hotel zarezerwowalismy w Johor Bahru - dwa razy taniej niz w
Singapurze i blizej na lotnisko z ktorego polecimy na wyspe Penang.
Wiedzielismy z przewodnika, ze jedzie tam autobus 170, ale nie udalo
nam sie znalezc miejca z ktorego odjezdza. Sympatyczn mloda Muzulmanka
skierowala nas na stacje metra Newton, z ktorej jechal autobus, ale
171. Pytalismy kilku osob i w koncu pojechalismy na stacje metra
Woodlands, przy ktorej jest dworzec autobusowy - 950 zawiozl nas do
mostu do Malezji. Kontrola graniczna odbywa sie po 2 stronach mostu:
wysiadamy z autobusu po jednej stronie, odprawa Singapurska, wisadamy,
jedziemy i po drugiej stronie Malezyjska. Po przekroczeniu granicy od
razu widac roznice w czystosci, Malezja duzo bardziej przypomina pod
tym wzgledem inne kraje muzulmanskie. Od razu znalazlo sie tez mnostwo
pomocnych panow proponujacych hotel, taxi, etc. Wyplacilismy z
bankomatu troche ringittow i pojechalismy taxowka - tania i bez
naciagania, do hotelu Okid w nowej dzielnicy Johor Bahru. Potem
jeszcze kolacja z ostrej wolowiny. Magda chciala zamowic lokalne piwo,
a dostala Warsteinera (problemy z komunikacja - asian english v.
polish english:)
A jutro rano pobudka, o 10 samolot na Penang...

Komentarze (3):

23 styczeń 2008 12:37 , Blogger travolta pisze...

Juz by sie chcialo czytac dalej, a tu... no wlasnie, nie ma jeszcze dalej. Trzeba czekac i miec nadzieje, ze znajdziecie czas, aby dopisac kolejny odcinek. Wszystkiego dobrego.

 
23 styczeń 2008 13:22 , Blogger askad pisze...

Czekamy więc cierpliwie na to "dalej" - mam nadzieję, że nie przyjdzie nam długo czekać :-)

 
23 styczeń 2008 19:53 , Blogger Mamusia pisze...

Lody o smaku czosnku i cebuli? Z dodatkiem cukru. A może to profilaktyka chorób gardła? Decydując się na takie podróże trzeba być wszystkożernym. Żeby Wasze żołądki tę podróż zniosły.
Uważajcie na siebie.

 

Prześlij komentarz

<< Strona główna