Nasza wysepka - Ko Samet.
4.02.-6.02.2008
Coz mozemy napisac o radosnym lenistwie?
Plaze wybralismy mala i spokojna (Ao Cho), spory kawalek od glownego portu (Na Dan) przebylismy czesciowo na pace pickupa, czesciowo piechota. Po przebyciu zwyczajowego tajlandzkiego balaganu, typu grzebiace w smieciach kury albo resztki motocykli, miedzy droga a osrodkiem dla turystow, stojace na zboczu skalistego brzegu bungalowy z widokiem na morze okazaly sie przyzwoite i odpoczelismy juz pierwszego popoludnia. Woda Zatoki Tajlandzkiej byla w sam raz - na tyle ciepla, by wejscie do niej bylo tylko orzezwiajace, chlodna, by dobrze sie plywalo, slona, by unosila ludzkie cialo bez wysilku z jego strony i slodka, by nie szczypala mocno w oczy, gdy zaleje je fala. Troche zaskoczyla nas lezaca pierwszego wieczoru w plazowej restauracji na piasku ogromna czarna swinia, ale tajska zupa z mleka kokosowego imponowala iloscia krewetek, a wieprzowina byla smakowita i swiezutka. Na drugi dzien swinia zreszta zniknela :)

Komentarze (0):
Prześlij komentarz
<< Strona główna