30 styczeń 2008

Zdjecia z Angkor

Kambodza

Jestesmy w Kambodzy zajeci w 100% zwiedzaniem Angkor Wat i innych swiatyn starozytnych Kmerow. Wrazenia ogromne, kraj zupelnie inny, piekne widoki, tak ze zdjec robimy po 100 dziennie. Postaramy sie dzisiaj wieczorem uzupelnic opis, bo tearz tylko tak na szybko...

27 styczeń 2008

Kuala Lumpur

KL przywitalo nas deszczem. Zwiedzanie rozpoczelismy od zostawienia
plecakow na dworcu Sentral i szukaniu wlasciwej kasy biletowej na
metro (trafilismy za 4-tym razem). Nastepnie pojechalismy pod Petronas
Twin Tower. Naprawde robia wrazenie swoim ogromem i po prostu
kdizycowym wygladem! Do tego swietnie wygladal srebrny kolor na tle
nieba podczas zachodu slonca. U podnoza jest ogromne centrum handlowe
i cala okolica wypelniona wiezowcami, cos jak La Defense w Paryzu czy
londynskie City. Po zrobieniu kilku zdjec przespacerowalismy sie do
wiezy telewizyjnej - 4-ta na swiecie pod wzgledem wysokosci.
Wjechalismy na gore juz po zmroku, dzieki czemu moglismy podziwiac
swiatla miasta i oswietlone Petronas Twin Towers. Potem szybki powrot
na KL Sentral i na lotnisko. Po drodze przejechalismy obok Cyberjaya -
nowo zbudowanego miasta dla firm nowych technologii. Przy nowej, 3
pasmowej autostradzie powstaja cale osiedla domkow. Patrzac na KL
wydaje sie, ze Polska jest daleko w tyle za Malezja, takich drog,
kolejki miejskiej, a i tak uporzadkowanej i z technologicznymi
ulatwieniami stolicy to nie bedziemy mieli jeszcze dlugo.
Aktualnie siedzimy na specjalnie zbudowanym dla tanich linii
lotniczych terminalu. WIFI jest za darmo, wiec jest okazja do
uzupelnienia bloga i sprawdzenia newsow z Polski.

Podsumowania i obserwacje z autobusu.

Do Kuala Lumpur jedziemy super wygodnym autobusem, z fotelami
wyposazonymi w podnozki, tak szerokimi, ze mieszcza sie tylko 3 w
rzedzie. Niestety cos sie psuje w klimatyzacji i juz 3-ci raz sie
zatrzymalismy, tym razem obok jakiegos przydroznego serwisu... Jest
wiec czas na pierwsze podsumowania wrazen z Malezji.
Wczoraj do 12 w nocy dyskutowalismy o roznicach pomiedzy Polska i
Malezja z kilkoma studentami - malezyjskimi chinczykami. Malezja jest
krajem wielokulturowym i to w stopniu jaki w Europie trudno sobie
wyobrazic. Wiekszosc stanowia Malajowie, muzulumanie. Na drugim
miejscu sa Chinczycy (glownie wyznajacy buddyzm), a na 3-cim Hindusi
(hinduizm). Na ulicach mozna uslyszec wszystkie 3 jezyki, a do tego
angielski. Szkoly podstawowe i srednie sa prowadzone we wszystkich
jezykach, uniwersytety w angielskim i malajskim. Po angielsku w
stopniu podstawowym mozna sie dogadac prawie z kazdym, moze poza
malymi wioskami. Na sklepach i restauracjach sa szyldy w kilku
jezykach, wlacznie z chinskim, ale wcale nie ma obowiazku stosowac
malajskiego - np po przyjezdzie do Johor Bahru na warsztacie
samochodowym byla kartka o 1 dniu przerwy w pracy, zapisana po
angielsku i chinsku. W miastach sa swiatynie wszystkich trzech
religii, poszczegolne spolecznosci swietnie ze soba wspolpracuja - w
Batu Ferhingi mieszkalismy u chinczyka obok meczetu, jego zona
wieczorem palila kadzidelka ku czci przodkow w przydomowym oltarzyku,
a przed switem budzilo nas nawolywanie mully do nabozenstwa. Jedna z
ulic Georgetown zostala wylaczona z ruchu na czas hinduistycznego
swieta Thaipusan, chociaz panujaca religia jest islam. Konstytucja
uchwalona w 1968 roku dala wszystkim miejszosciom prawo glosu i
swobody wyboru religii.
Gospodarczo Malezja wydaje sie na poziomie moze troche ponizej Polski.
Sa tutaj duzo wieksze roznice pomiedzy dochodami ludzi, nie ma placy
minimalnej, a pomoc spoleczna jest duzo mniej rozbudowana niz w
Europie. Dzieki temu jest sporo ludzi chcacych za nieiwelkie pieniadze
wykonywac prace, ktorych u nas nikt by sie nie podjal - przejazdzka
riksza czy obiad w budce kosztuje kilkakrotnie taniej niz u nas.
Podstawa rolnictwa jest produkcja oleju z palmy kokosowej, co widac z
okien autobusu - plantacje palm sa tak powszechne jak u nas pola
zboza. Niestety spowodowalo to wytrzebienie dzungli, a to problemy z
zatrzymywaniem wody w gruncie i powodziami. I ciekawotka - benzyna tu
kosztuje okolo 1.20 zl/litr. Malezja ma swoje zloza ropy naftowej i
jest mniej wiecej samowystarczalna. Oczywiscie swietnie to wplywa na
konkurencyjnosc gospodarki, ale tez na bardzo duzy ruch samochodow.

Kolejne zdjecia

Dodalem kolejne zdjecia z naszych wczorajszych wypraw na pola herbaciane i do dzungli. Widoki naprawde przepiekne... Teraz juz sie pakujemy i za 2 godziny wyruszamy do Kuala Lumpur

26 styczeń 2008

Plantacja herbaty, dzungla i Orang Ansli

26.01.2008.
Chlodniejszy klimat Gor Cameron - ok. 20 stopni - sprzyja aktywnemu
wypoczynkowi. Juz wczoraj poszlismy na "spacer" jedna z wyznaczonych
po dzungli sciezek. Dzis, po zakupie mapy, okazalo sie, ze wybralismy
najtrudniejsza i dlugo bedziemy wspominac wspinaczke wsrod nawolywan
ptakow przez bujna roslinnosc i pospieszny powrot, aby zdazyc przed
zmrokiem. Postanowilismy jednak wykupic zorganizowana wycieczke i dzis
zaczelismy dzien od jazdy Land Rowerem z lat szescdziesiatych po
kretych gorskich drogach, gdzie przed kazdym zakretem trzeba dac znac
klaksonem, ze sie jedzie. Przewodnikiem byl wesoly Hindus chetnie i
duzo opowiadajacy o miejscowych atrakcjach, gdyz tu sie wychowal.
Plantacja herbaty byla pierwszym postojem. Kojaca zielen udrapowanych
krzewami stokow gor wsrod mgiel to widok, ktorego nie da sie
zapomniec. Energicznej indyjskiej angielszczyzny, w ktorej
wysluchalismy opowiesci o historii i produkcji tego napoju chinskich
krolow tez nie zapomnimy :) Nastepnym punktem byl las porosniety
mchami i wspinaczka na najwyzsze tutejsze szczyty - Gunung Brinchang
(2000m.) i Gunung Irau (2090m.). Droga dojezdza prawie do celu, takze
nie zmeczylismy sie, niestety nie byla to spodziewana przeze mnie
piesza trasa, ale moze dobrze. Las mchow sliczny, tajemniczy a widok z
gory piekny mimo mgiel. Po "trudach wspinaczki" pojechalismy na
herbatke BOH (best of highlands - kompania rodziny Russel) do
malowniczo polozonej kawiarni, zbudowanej podobno w
europejskim/skandynawskim/japonskim stylu - faktycznie ciekawa...
Swieza herbata pyszna, maja gatunki czarnej herbaty polecane do
dodawania mleka i aromatyczne, szkoda, ze tyle jeszcze przed nami
drogi i nie chcielismy przepelniac plecaka. Potem znow farma motyli,
ale tu atrakcja byly insekty, radosnie wyciagane przez oprowadzajacego
z terrariow i przekazywane ciekawej turystce, przez chwile mialam wiec
bransoletke ze stonogi i ze strachem goscilam na dloni skorpiona.
Wycieczka na tym sie konczyla, ale my jeszcze mielismy apetyt na
truskawki, jednak nic nie dorownuje tym od Mamy Krzysia. Nawet
bezposrednio na farmie sa ona tu zreszta drozsze niz w Polsce, za to
sa przez caly rok, podobnie jak warzywa, po ktore podbno przyjezdzaja
tu az z Singapuru. Z tych nieobecnych w Polsce rzuca sie w oczy
fioletowy kalafiorobrokul, ale targ wyglada zupelnie jak w Zabrzu.
Wrocilismy do Tanah Raty taksowka po dlugim spacerze poboczem - las
jest tu jednak zbyt gesty a mapy "artystyczne", rozkladow jazdy nie
ma...
Malo nam bylo spacerow, wiec szczesliwi, ze udalo sie znalezc wejscie
na oznaczona jako srednio trudna sciezke, powedrowalismy do lasu. Tu
spotkala nas niespodzianka - po chwili wspinaczki Krzysiu zauwazyl
siedzacego na drzewie czlowieka z dluga "rurka" przy ustach. Po
lekturze opisow wycieczek domyslilismy sie, ze to Orang Asli, rdzenny
mieszkaniec Malezji, polujacy przy pomocy "blow pipe", w wolnym
tlumaczeniu "dmuchawki". Niestety gestami odmowil fotografii. Od tego
spotkania staralismy sie isc inaczej niz "biale twarze - sapiace
niedzwiedzie", zauwazylismy wiec tez innych tubylcow, ubranych jak ten
na drzewie w normalna koszule i spodnie, spostrzeglismy tez, ze
pogwizdywania brane przez nas za spiew ptakow, to ich nawolywania. Nie
zalujemy wiec juz, ze nie pojechalismy do ich stworzonej dla turystow
wioski, widzielisy ich w akcji :) Powrot z wyznaczonej sciezki, ktora
nagle przestal byc oznakowana umozliwily nam linie i stacja wysokiego
napiecia - cala Malezja - kraj wyrwany dzungli i dazacy do idei
spoleczenstwa zindustrializowanego, mieszkan w blokach, ktore szpeca
krajobraz i zunifikowanej, choc wielokulturowej ludnosci. Moze to
niewygodne dla turystow, ale globalizacja dotarla tu juz dawno.
Teraz siedzimy przy naszym tanim pensjonacie, plonie ognisko, Krzys
wymienia informacje o ojczyznach z Malezyjczykami, ktorzy czasem
zagraja na gitarze jakas tajska ballade rockowa - jak w Polsce :)

25 styczeń 2008

Hej!
Wlasnie laduja sie zdjecia - powinny sie wyswietlic ponizej:
Do Tanah Raty w Cameron Highlands dotarlismy bez problemu, udalo nam sie dorwac do komputera i zaznaczylem na mapie na dole nasze polozenie. Po przyjezdzie poszlismy na krotki spacer sciezka po dzungli. Niestety przestal dzialac aparat fotograficzny (po prostu nagle odmowil wlaczania sie), ale moze jakos sie to uda rozwiazac. Na jutro rano mamy zaplanowana wyprawe z przewodnikiem na trekking po dzungli i pola herbaciane, potem moze bardziej samodzielnie jakies farmy truskawek albo wioska orang asli (tubylcow). Niestety za oknem pada deszcz, a tu ponoc jak zacznie padac to nie przestaje przez kilka dni, wiec nie wiadomo co z tych planow wyjdzie...
Temperatura tutaj to tylko okolo 20 stopni, wiec troche nam chlodno :-)

W drodze do Cameron Highlands

25.01.2008
Jedziemy autostrada wsrod plantacji palm kokosowych, mijamy fabryczki
i porzadne stacje benzynowe, dalej przez miasteczka i zielone gory.
Zupelnie jak w Polsce, tylko roslinnosc inna i bujniejsza, miast mniej
i troche bardziej chaotyczne, a autostrada porzadniejsza :) Porownania
do Polski nasuwaja sie czesto - miasto Georgetown bylo jak mieszanina
Warszawy, Miedzyzdrojow i Bytomia, Batu Ferringhi to taka wieksza
Leba. Mimo, ze roznimy sie od miejscowych kolorem skory czujemy sie
zupelnie swobodnie, mile widziani nie tylko jako zrodlo dochodu, ale
tez ciekawi partnerzy do pogawedki i przyjezdni, ktorym trzeba pomoc.
Naprawde goscinnosci mogliby Polacy od Malezyjczykow sie uczyc, a
przede wszystkim serdecznego usmiechu przy kazdej okazji.
Jedzenie jest tu przepyszne, przede wszystkim w tych najobskurniej
wygladajacych budkach, nawet na dworcu autobusowym takie domowe i
swieze. Ryz nalozony na talerz to podstawa, do tego dobiera sie
warzywa - kielki, swiezy szpinak i inna niezidentyfikowana zielenina,
oraz mieso - najczesciej ryby albo kurczak w roznych aromatycznych,
czesto wsciekle ostrych sosach. Miejscowi takze rano wcinaja
pakuneczki ryzu wymieszanego z roznosciami, tak smakowicie to wyglada,
ze dzis pozalowalismy, ze wybralismy bardziej europejskie sniadanie.
Wszystko jest tez oblednie tanie (np. dzis obiad dla dwoch osob 7
zl.), oczywiscie poza restauracjami nastawionymi na turystow, gdzie
ceny sa porownywalne do lokali w Polsce, ale tez sposob przyrzadzenia
potraw troche bardziej wyszukany. Nie dopadly nas tez zadne problemy
brzuszne, odpukac.
Jedziemy juz 4 godziny, jestesmy blisko celu. Widoki piekne,
roznorodnosc i bogactwo zieleni porastajacej strome zbocza gor
przyprawia o zawrot glowy. Rozpoznajemy bambusy, paprocie, a gatunki
drzew lisciastych i palm sa dla ns tajemnica. Jestesmy coraz wyzej i
zaczyna sie mgielka - odpoczniemy od upalu i mam nadzieje skorzystamy
z bogactwa tutejszych plantacji truskawek :)

24 styczeń 2008

Motyle, dzungla i Georgetown

24.01.2008
Dzis wygralismy z komunikacja miejska, troche czasu to kosztowalo, ale
jezdzilismy tylko autobusami - atrakcja sama w sobie, szczegolnie
wyprzedzanie na zakretach i przeganianie z drogi motocyklistow. Tuz po
przebudzeniu pojechalismy na farme motyli - cos pieknego! Mnostwo
kolorowych, trzepoczacych skrzydelek wsrod roslin i kwiatow, w budyku
z siatki, ze zraszaczami chlodzacymi przyjemnie i oczkami wodnymi z
plywajacymi duzymi rybami. Nabralismy apetytu na przyrode i
pojechalismy do Teluk Bahang - rybackiej wioski, w ktorej jest wejscie
do Parku Narodowego Penang. Przed wyprawa posililismy sie w portowym
barze, niesamowicie tanim. Skosztowalismy nawet swiezutkiego kraba,
ktorego rozlupac pomogla nam szefowa kuchni. Przyjemnie bylo z pelnym
brzuszkiem obserwowac z pomostu prace tutejszych rybakow. Wejscie do
parku trzeba zarejestrowac w biurze. Zapytano nas, ktory cel wybieramy
i podano czas przejscia polowe krotszy niz w opisie. Pomyslelismy, ze
to tak jak nasze oznaczenia w gorach i pelni wiary we wlasne sily
ruszylismy na Plaze Malp. Trasa wiodla granica plazy i dzungli,
towarzyszyl nam wiec szum fal i tajemnicze odglosy lasu, glownie
cykanie i bzyczenie, bardzo zreszta glosne. Po polgodzinnej wedrowce
bylismy mokrzy, a Magda juz marzyla, ze moze z tej plazy beda kursowac
jakies lodki. Godzina wystarczyla, aby gleboko rozumiec podroznikow
przedzierajacych sie z trudem przez dzungle ;) Na szczescie
zauwazylismy malpy. One nas tez. Obserwowalismy sie nawzajem i nawet
przestalismy sie siebie bac, szczegolnie, ze w plecaku byly jeszcze
rodzynki z samolotu. Jak sie skonczyly trzeba bylo udac sie spowrotem,
zeby nie psuc poprawnosci wzajemnych stosunkow... Nie szkodzi, ze do
wlasciwego celu podrozy nie dotarlismy.
Wieczorem wybralismy sie do Georgetown. Riksza pojechalismy do portu -
przezycie wieksze niz jazda autobusem, szczegolnie przejazd przez
skrzyzowanie na czerwonym. Pospacerowalismy po starowce, ktorej
swietnosc dawno minela i najwiekszym atutem jest roznorondnosc
kulturowa wsrod postkolonialnych budynkow. Wszedzie jezdza samochody,
gra najrozniejsza muzyka i generalnie jest halas. Wrocilismy
autobusem, na ktory czekalismy ponad 40 mninut, co umilaly nam kobiety
w sari, inni Indyjczycy i Arabowie, a wszyscy zainteresowani dokad
jedziemy i przekonani, ze nasze ''lan o lan'' w koncu nadjedzie
(autobus do naszej wioski ma nr 101).
Teraz siedzimy sobie na tarasie, sluchamy szumu fal i obserwujemy
gekony - male jaszczurki, ktore walcza ze soba na suficie. Jutro
ruszamy na wzgorza herbaciane.

Penang

Penang
23.01.2008
Z Johor Bahru dolecielismy liniami Air Asia - zupelnie jak europejskie
WizzAir, tylko w czerwonych barwach i nie przekraczalismy zadnej
granicy.
Na wyspie jest chyba jeszcze gorecej, a na pewno wilgotniej niz w
Singapurze. Od razu musielismy sobie radzic z kompletnym brakiem
rozkladu jazdy autobusow, na szczescie taksowki sa tanie, a
taksowkarze przyjazni - Indyjczyk, ktory nas wiozl zboczyl z drogi,
zeby pokazac nam roztanczonych wyznawcow hinduizmu swietujacych przy
specjalnie wybudoawanych, kolorowych oltarzach na ulicach Georgetown.
My jednak tesknilismy juz za cisza, morzem i plaza, pierwszego dnia
lenilismy sie wiec w mniejszym turystycznym miasteczku Batu Ferringhi,
tuz przy naszym BabaGuesthouse, budzeni tylko przez spiew mully z
meczetu tuz obok. W okolicy jest wiecej pokoi goscinnych, prowadzonych
w wiekszosci przez Chinczykow, a takze liczne, duze hotele oraz
zatrzesienie drobnych biznesikow - restauracji, a glownie stoisk z
jedzeniem i plastikowymi krzeslami, salonikow masazu stop, biur
wycieczkowych i oczywiscie wszelkiego rodzaju sklepikow. Trudno przy
glownej ulicy znalezc ciche miejsce, nam udalo sie zjesc w
restauracji na uboczu i nawet widzelismy wylazacego z rzeczki obok
jaszczura. Na plazy wieczorem mozna spotkac Malajczykow z wedkami lub
z malymi sieciami, lowiacych cos, czego nie udalo nam sie zobaczyc.
Tutaj jednak tez interes knajpiany kwitnie do poznej nocy, co ma swoje
dobre strony - mozna lezec, patrzec w gwiazdy, sluchac szumu fal i
Erica Claptona :)

23 styczeń 2008

Singapur i Johor Bahru

Do Singapuru lecielismy przez Amsterdam. Krotkim spacerem nad kanalami
pozegnalismy europejska pogode - deszcz szybko zagonil nas do
kawiarenki. Dwunastogodzinny lot w wiekszosci przespalismy, co bylo
swietnym odpoczynkiem po gonitwie przed wyjazdem.
Po przylocie od razu szok temperaturowy - slonce i 31 stopni. W
terminalach mimo klimatyzacji lekka wilgoc, za to bogata, naturalna
roslinnosc, duzo storczykow.
Juz widoki przed ladowaniem zapowiadaly niezwykle uporzadkowane
miasto. Kontrola paszportowa poszla sprawnie i wcale nie bylo
przeszukiwania bagazy, kwestionowania zawartosci apteczki, ani nawet
pytania o cel podrozy - pieczatka do paszportu i to wszystko. Kartke z
naszymi danymi, wypelniona jeszcze w samolocie, takze ostemplowano i
polecono oddac przy wyjezdzie.
Z lotniska pojechalismy metrem do centrum. Jest tu niesamowicie czysto
- slynne zakazy przynosza rezultat, w metrze nie wolno jesc ani pic,
na niemal sterylnie czystej podlodze z oburzeniem wiec zauwazylismy
jeden papierek.
Miasto robi wrazenie rozmiarami i wzajemnym ukladem wiezowcow, innych
nowoczesnych i ciekawych architektonicznie budynkow, zabudowy w stylu
kolonialnym oraz obfita i wypielegnowana zielenia. Wszystko to
podkreslone jest jeszcze przez wkraczajace do city morze. Ze stacji
City Hall, po przezwyciezeniu oszolomienia i czesciowym rozszyfrowaniu
mapy, ruszylismy na przechadzke . Spacerowalismy wokol budynku opery o
charakterystycznych luskach. Magda zjadla loda o smaku owocu duriana -
ciezko okreslic smak: czosnek, cebula i cos slodkiego - nie wiem, czy
chce go skosztowac. Zrobilismy, jak chyba wszyscy turysci, obowiazkowe
zdjecie z symbolem miasta. Zajrzelismy tylko nad rzeke, a bardziej
kanal Singapur i zaczelismy sie zbierac do Malezji z mysla, ze cale
szczescie jeszcze tu wrocimy i to na chinski Nowy Rok.
Hotel zarezerwowalismy w Johor Bahru - dwa razy taniej niz w
Singapurze i blizej na lotnisko z ktorego polecimy na wyspe Penang.
Wiedzielismy z przewodnika, ze jedzie tam autobus 170, ale nie udalo
nam sie znalezc miejca z ktorego odjezdza. Sympatyczn mloda Muzulmanka
skierowala nas na stacje metra Newton, z ktorej jechal autobus, ale
171. Pytalismy kilku osob i w koncu pojechalismy na stacje metra
Woodlands, przy ktorej jest dworzec autobusowy - 950 zawiozl nas do
mostu do Malezji. Kontrola graniczna odbywa sie po 2 stronach mostu:
wysiadamy z autobusu po jednej stronie, odprawa Singapurska, wisadamy,
jedziemy i po drugiej stronie Malezyjska. Po przekroczeniu granicy od
razu widac roznice w czystosci, Malezja duzo bardziej przypomina pod
tym wzgledem inne kraje muzulmanskie. Od razu znalazlo sie tez mnostwo
pomocnych panow proponujacych hotel, taxi, etc. Wyplacilismy z
bankomatu troche ringittow i pojechalismy taxowka - tania i bez
naciagania, do hotelu Okid w nowej dzielnicy Johor Bahru. Potem
jeszcze kolacja z ostrej wolowiny. Magda chciala zamowic lokalne piwo,
a dostala Warsteinera (problemy z komunikacja - asian english v.
polish english:)
A jutro rano pobudka, o 10 samolot na Penang...

20 styczeń 2008

Przed wyjazdem

6 i pół godziny do wyjazdu...
Ostatnie przygotowania, już jesteśmy zachekinowani na lot, jeszcze trochę i zaczniemy się pakować :-)

12 styczeń 2008

Mapa

Mapa, na której w trakcie podróży będziemy kolejne etapy podróży - na razie dworzec kolejowy w Zabrzu, jako początek naszej wyprawy.

10 styczeń 2008

Przygotowania

Plan:
3 tygodnie w Azji południowo-wschodniej
Trasa:
Zabrze-> Singapur -> Malezja -> Kambodża -> Tajlandia -> Singapur -> Zabrze
Stan przygotowań:
Kupione bilety lotnicze (KLM i AirAsia), zrobione szczepienia, zarezerwowany hotel w Singapurze i sporo czasu spędzonego na czytaniu opisów z podróży w te rejony