Wracamy do domu :)
Za chwilke wylatujemy. Do zobaczenia!
7.02. po poludniu z przyjemnoscia ponownie powitalismy to czysciutkie miasto i Nowy Rok Ksiezycowy - chinski Rok Szczura. Z tej okazji sa tu dwa dni wolne od pracy, festyny przy Esplanadzie - centrum koncetowym nad zatoka i tlumy przy jedynych otwartych atrakcjach - Zoo i wyspie Sentosa, gdzie mieszcza sie plaze, pole golfowe, oceanarium i inne rozrywki. Inaczej niz w Bangkoku nie ma tu osobnych kolejek dla miejscowych i turystow, co tym razem byloby korzystne :)
4.02.-6.02.2008
2.02.2008
Kambodze postanowilismy opuscic droga ladowa, oslawiona trasa z Siem Rap do Poipet. Bilet do granicy kosztuje zaledwie 6 USD. Droga w porze suchej jest do przebycia w okolo 5 godzin (chociaz to zaledwie 160km), w porze deszczowej nawet dwa razy wiecej. Asfalt skonczyl sie kilanascie kilometrow za Siem Reap, dalej tylko droga szutrowa. Na szczescie aktualnie jest w stosunkowo dobrym stanie. Mijalismy sporo wywrotek i miejsc, w ktorych sa budowane mosty, wiec wyglada na to, ze za jakies 2 lata bedzie tu asfalt i legenda umrze... Ale przy drodze jest pelno zwyklych kambodzanskich chat na palach, mija sie wiele pickupow zaladowanych kilkunastoma osobami. N postojach dzieci zaczepiaja podroznych, czasem zeby cos sprzedac, czasem by po prostu pocwiczyc angielski. Zaskoczyla nas mala dziewczynka, ktora na odpowiedz, ze jestesmy z Polski wyciagnela ze swojej kolekcji monet 10 gr.
Ostatniego (a przynajmniej tak wtedy myslelismy) dnia w Kambodzy postanowilismy zobaczyc wioske na jeziorze Tonle Sap. TukTuk zabral nas spod guesthouseu do przystani lodzi. Po drodze stopniowo zabudowa stawala sie coraz rzadsza, a zwykle domy ustepowaly miejsca chatom z trzciny na palach. Dalej od miasta droga biegla po nasypie, a obydwie jej strony wygladaly na zalewane woda podczas pory deszczowej. Zawieziono nas do biura biletow, gdzie okazalo sie, ze jedyna opcja zwiedzania to wykupienie biletu za 20 USD. Ktos polozyl lape na interesie i zorganizowal lokalny monopol. Wykupilismy bilety i pojechalismy dalej do przystani. Zabral nas wskazany wlasciciel dlugiej lodzi na poltoragodzinna przejazdzke po wiosce. Odcumowanie i wyplatanie sie z gaszczu innych lodzi i chat bylo przygoda sama w sobie - nasz sternik odbijajac od kei zahaczyl o kilka innych lodzi i chat, co zostalo przez ich wlascicieli tylko skwitowane usmiechem i stwierdzeniem "good driver". W pol godziny zostalismy przewiezieni pomiedzy kilkudziesiecioma domami - tratwami. Po drodze widzielismy las namorzynowy, okresowo zalewany przez wode. Zawieziono nas do plywajacej restauracji z hodowla krokodyli i oczywiscie sklepikami. Podplywalo do nas sporo malych lodek z dziecmi oferujacymi rozne owoce lub inne towary na sprzedaz. Najwieksze wrazenie zrobila na nas dziewczynka, ktora przyplynela w balii, proszac o dolara (jest na jednym ze zdejc). Magda na chwile wsiadla do lodki z dwojka dzieci i zrobila z nimi mala rundke po wodzie. System plywania byl taki, ze dwie osoby wiosluja a trzecia wylewa wode :)