<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><rss xmlns:atom='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' version='2.0'><channel><atom:id>tag:blogger.com,1999:blog-9168220205165113289</atom:id><lastBuildDate>Fri, 29 Feb 2008 00:05:53 +0000</lastBuildDate><title>Azja Południowo-Wschodnia</title><description/><link>http://www.iitis.gliwice.pl/~kil/blog/</link><managingEditor>Kiler</managingEditor><generator>Blogger</generator><openSearch:totalResults>23</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>25</openSearch:itemsPerPage><item><guid isPermaLink='false'>tag:blogger.com,1999:blog-9168220205165113289.post-4151100022512258020</guid><pubDate>Sat, 09 Feb 2008 14:20:00 +0000</pubDate><atom:updated>2008-02-09T15:20:51.463+01:00</atom:updated><title>Wracamy do domu :)</title><description>Za chwilke wylatujemy. Do zobaczenia!</description><link>http://www.iitis.gliwice.pl/~kil/blog/2008/02/wracamy-do-domu.html</link><author>Magda</author></item><item><guid isPermaLink='false'>tag:blogger.com,1999:blog-9168220205165113289.post-2342523499727650217</guid><pubDate>Sat, 09 Feb 2008 04:46:00 +0000</pubDate><atom:updated>2008-02-09T05:51:37.770+01:00</atom:updated><title>Zdjecia z Singapuru</title><description>&lt;iframe align=left src=http://picasaweb.google.co.uk/kgrochla/Singapur/photo#s5164836901111803362 frameBorder=0 width=670 scrolling=no height=450&gt;&lt;/iframe&gt;</description><link>http://www.iitis.gliwice.pl/~kil/blog/2008/02/zdjecia-z-singapuru.html</link><author>Kiler</author></item><item><guid isPermaLink='false'>tag:blogger.com,1999:blog-9168220205165113289.post-545409303841417603</guid><pubDate>Sat, 09 Feb 2008 03:59:00 +0000</pubDate><atom:updated>2008-02-09T05:08:18.229+01:00</atom:updated><title>Singapur</title><description>7.02. po poludniu z przyjemnoscia ponownie powitalismy to czysciutkie miasto i Nowy Rok Ksiezycowy - chinski Rok Szczura. Z tej okazji sa tu dwa dni wolne od pracy, festyny przy Esplanadzie - centrum koncetowym nad zatoka i tlumy przy jedynych otwartych atrakcjach - Zoo i wyspie Sentosa, gdzie mieszcza sie plaze, pole golfowe, oceanarium i inne rozrywki. Inaczej niz w Bangkoku nie ma tu osobnych kolejek dla miejscowych i turystow, co tym razem byloby korzystne :) &lt;br /&gt;Mieszkamy w dzielnicy Male Indie, gdzie zycie wsrod kolorowych postkolonialnych budyneczkow toczy sie zwyczajnie, odprawiane sa modly w hinduskich swiatyniach a restauracje glosno zapraszaja na tylko troche ostre ;) indyjskie potrawy. Jest tu sporo hosteli i barow dla "plecakowiczow", ale my wolelismy zjesc w towarzystwie samych Hindusow, ktorzy przyjeli nas goscinnie i z sympatia, podajac wiecej niz zamowilismy - do skosztowania. Rowniez w Swiatyni Bogini Kali nikomu nie przeszkadzaja turysci, o ile takze sciagna buty. Przy oszalamiajaco glosnej muzyce trab i bebnow kaplani pala przed licznymi oltarzykami ofiary z owocow i kwiatow, wierni popiolem maluja sobie znaki na czolach, a po nabozenstwie - Pudzy, na tylach swiatyni wspolnie spozywaja ryz z curry, albo zabieraja do domu na lisciach bananowca czesc nie spalonych ofiar - chyba za drobna oplata.&lt;br /&gt;Wieczorem spacerowalismy przez bajecznie udekorowane czerwonymi lampionami Chinatown, potem wokol Esplanady. Podziwialismy wystepujacych na kilku scenach artystow - muzykow, piosenkarzy, akrobatow i rewelacyjny pokaz sztucznych ogni, strzelajcych z zamknietego dla ruchu mostu.&lt;br /&gt;Obchody Nowego Roku trwaja tu juz od 19.01., a najwieksze parady beda na zakonczenie - 15 i 16 lutego. Akurat te dwa dni, jakie tu spedzamy, Chinczycy poswiecaja na swietowanie z rodzina i obdarowuja sie prezentami. Nawet przyjemnie wpisac sie w ten aktualnie leniwy nastroj i nigdze sie nie spieszyc - muzea otworza dopiero jutro.&lt;br /&gt;Dzis wiec wraz z polowa Singapuru i jego goscmi wyruszlismy na wyspe Sentosa. Kolejki do srodkow transportu - kolei linowej, pociagu napowietrznego i autobusow nawet nas, pamietajacych troche te za papierem toaletowym, zniechecily i wrocilismy powloczyc sie po Orchard Road - ulicy luksusowych wiezowcow i sklepow, w wiekszosci zamknietych - na szczescie ;) Krzysiek byl w NY, ale ja kryty granitem drapacz chmur widzialam pierwszy raz w zyciu.&lt;br /&gt;Upewniwszy sie w dzialajacej mimo swieta informacji turystycznej, ze naprawde zadne muzeum nie dziala, odstalismy swoje i znow bylismy na wyspie z plaza, jakze inna od tej z naszej tajlandzkiej wysepki (patrz zdjecia). Delfinarium jest tu malutkie, ale sympatyczne - niespotykanych gdzie indziej rozowych delfinow nie przemecza sie zbytnio. "Podwodny Swiat" slynie z przezroczystego tunelu, ktorym przemieszczaja sie ludzie, a wokol nich plywaja wszelakie ryby - od malutkich po spore rekiny tygrysie i plaszczki. Jest to slawa calkowicie zasluzona! Idac posrod mnostwa plywajacych stworzen, spogladajac ponad siebie na brzuchy ryb, bedac sledzonym przez bogato uzebione - a mozna ocenic to z bliska - rekiny, zapomina sie o calym swiecie. Innymi milymi atrakcjami sa tam otwarte baseniki, gdzie mozna zanurzac rece i glaskac rybki albo zakupionym na miejscu pokarmem je podtuczyc, lub maly dzial z zywymi skamielinami, zwierzetami, o ktorych uczylismy sie na biologii. Siedzielismy tam do zamkniecia, calkowicie rozanieleni. Wracajac juz do miasta skusilismy sie jeszcze na spacer wsrod dyskretnych dzwiekow skrzypiec i harf przez wystawe kwiatow - ulozonych w kompozycje, rzezby i obrazy, i trafilismy na bajeczna i bardzo dluga fontanne-strumyk w stylu Gaudiego. Wszystko to noca, pieknie oswietlone, zachwyca, mimo innej niz europejska estetyki, odrobine kiczowatej.&lt;br /&gt;Jutro ostatni dzien naszych wakacji - planujemy spedzic go intensywnie :)</description><link>http://www.iitis.gliwice.pl/~kil/blog/2008/02/singapur_09.html</link><author>Kiler</author></item><item><guid isPermaLink='false'>tag:blogger.com,1999:blog-9168220205165113289.post-4131529351710341476</guid><pubDate>Sat, 09 Feb 2008 03:59:00 +0000</pubDate><atom:updated>2008-02-09T06:03:50.249+01:00</atom:updated><title>Nasza wysepka - Ko Samet.</title><description>4.02.-6.02.2008&lt;br /&gt;Coz mozemy napisac o radosnym lenistwie? &lt;br /&gt;Plaze wybralismy mala i spokojna (Ao Cho), spory kawalek od glownego portu (Na Dan) przebylismy czesciowo na pace pickupa, czesciowo piechota. Po przebyciu zwyczajowego tajlandzkiego balaganu, typu grzebiace w smieciach kury albo resztki motocykli, miedzy droga a osrodkiem dla turystow, stojace na zboczu skalistego brzegu bungalowy z widokiem na morze okazaly sie przyzwoite i odpoczelismy juz pierwszego popoludnia. Woda Zatoki Tajlandzkiej byla w sam raz - na tyle ciepla, by wejscie do niej bylo tylko orzezwiajace, chlodna, by dobrze sie plywalo, slona, by unosila ludzkie cialo bez wysilku z jego strony i slodka, by nie szczypala mocno w oczy, gdy zaleje je fala. Troche zaskoczyla nas lezaca pierwszego wieczoru w plazowej restauracji na piasku ogromna czarna swinia, ale tajska zupa z mleka kokosowego imponowala iloscia krewetek, a wieprzowina byla smakowita i swiezutka. Na drugi dzien swinia zreszta zniknela :)&lt;br /&gt;&lt;br&gt;&lt;br /&gt;&lt;iframe align=left src=http://picasaweb.google.co.uk/kgrochla/KohSamet/photo#s5164841105884786386 frameBorder=0 width=670 scrolling=no height=450&gt;&lt;/iframe&gt;</description><link>http://www.iitis.gliwice.pl/~kil/blog/2008/02/singapur.html</link><author>Kiler</author></item><item><guid isPermaLink='false'>tag:blogger.com,1999:blog-9168220205165113289.post-5319346502736603149</guid><pubDate>Thu, 07 Feb 2008 16:05:00 +0000</pubDate><atom:updated>2008-02-07T17:05:35.043+01:00</atom:updated><title>Zdjecia z Bangkoku II</title><description>&lt;iframe align=left src=http://picasaweb.google.co.uk/kgrochla/BangkokII/photo#s5164267354675527282 frameBorder=0 width=670 scrolling=no height=450&gt;&lt;/iframe&gt;</description><link>http://www.iitis.gliwice.pl/~kil/blog/2008/02/zdjecia-z-bangkoku-ii.html</link><author>Kiler</author></item><item><guid isPermaLink='false'>tag:blogger.com,1999:blog-9168220205165113289.post-7664679671011482357</guid><pubDate>Sun, 03 Feb 2008 14:48:00 +0000</pubDate><atom:updated>2008-02-03T15:49:18.688+01:00</atom:updated><title>Bangkok - dzien I</title><description>2.02.2008&lt;br /&gt;Przylecielismy rano. Na lotnisku nienajlepsze wrazenie robi procedura uzyskiwania wizy - na formularzu jest wpisany koszt 1000 Bahtow (ok.75 zl), ale urzednicy chetnie przyjma oplate 40 $ - ok. 100 zl, na szczescie niedaleko jest kantor. Trzeba tez podac adres pobytu w Tajlandii, spisalismy wiec cokolwiek z przewodnika i troche ze strachu wlasnie tam trafilismy - na szczescie niezle. Ponadto wisi informacja, ze w razie wykupienia wizy jest jeszcze opcja nie zostania wpuszczonym do Tajlandii i wtedy koszt wizy nie podlega zwrotowi... a kontrolujacy paszporty robia przy tym dziwne miny i napiecie rosnie.&lt;br /&gt;Ku polepszeniu nastrojow jak juz nas wpuscili od razu zrobilo sie milej - przy informacji turystycznej na lotnisku zlapal nas ktos wreczajac niezla mapke miasta i informujac o mozliwosciach dojazdu do centrum, a ekspresowy autobus byl klimatyzowany i naprawde szybki.&lt;br /&gt;Przewodniki podaja, ze stezenie tlenku wegla w miescie siega czasem poziomu zagrazajacego zyciu - czujemy to nawet my, Slazacy. Mimo zurbanizowania, obecnosci zachodnich sieci sklepow i innych nowoczesnosci jest to jednak egzotyczne miasto. &lt;br /&gt;Tuz po wyjsciu z hostelu mlody, z pozoru pomocny czlowiek, chcial naciac nas na slynny juz numer "wszystko zamkniete, tylko kilka swiatyn dziala, ja Wam zalatwie tanio tuktuka do wozenia po czynnych atrakcjach", czyli po sklepach, placacych mu prowizje. &lt;br /&gt;Zwiedzanie, jak wiekszosc turystow, zaczelismy od Wielkiego Palacu i przylegajacej Wat Pra Kaeo - kompleksu swiatyn, z najwazniejsza, mieszczaca legendarny posag Buddy z zielonego jadeitu, zwanego przez pomylke jubilerska szmaragdowym. Od razu czuje sie, ze mozliwosc obejrzenia tych atrakcji to laska wyswiadczona ludzkosci przez krola i krolowa i jak juz z niej korzystamy robmy to szybko i nienachalnie, bez zbednych pytan, czy drogi bilet naprawde wazny jest 7 dni (bo jest tylko na niektore miejsca, te mniej atrakcyjne). Juz przy ulicy w okolicach Palacu szokuje ilosc straganow ze zdjeciami pary krolewskiej, medalikami z portretem krolowej na lancuszku ze sztucznych perel, wszystko kojarzy sie troche z Czestochowa, a kiczem i feeria barw bije nasze dewocjonalia na glowe. wszystko, co sie swieci, jest wlasciwym materialem zdobniczym - idac mijalismy wiele pomnikow, ozdobionych potluczonymi lusterkami, szkielkami albo polamanymi plytami CD. &lt;br /&gt;Same swiatynie, przystrojone podobnie, przez swoje rozmiary i ilosc w jednym miejscu, wywieraja jednak wrazenie pieknego, bajkowego, kolorowego swiata. Symbolike wystepujacych tu figur znamy juz troche z Angkoru, ale pomieszanie buddyzmu z hinduskimi legendami wciaz wprowadza zamieszanie. (Postaramy sie uporzadkowac sobie wszystko i opisac wypoczywajac na plazy:) Posag Buddy jest wciaz miejscem kultu i pielgrzymek, przed wejsciem do swiatyni skladane sa ofiary z kwiatow, ktorych nie wolno wczesniej wachac, by nie zubozyc ich zapachu, kadzidelek a nawet jajek, w srodku modli sie duzo mnichow i pielgrzymow, nie wolno tam robic zdjec i kierowac stop w strone oltarza (rowniez pokzanie podeszew Azjacie jest obrazliwe, zapobieganie obrzekom przez wylozenie nog na krzeslo nie wchodzi tu w gre). &lt;br /&gt;Wieksza czesc terenow Palacu Krolewskiego jest niedostepna zwiedzaniu, na razie podziwialismy z zewnatrz fasade budowli zwanej "cudzoziemcem w tajskim kapeluszu" - krol Rama V jako pierwszy tajlandzki wladca byl w Europie i po powrocie zatrudnil angielskiego archiekta, by zaprojektowal mu klasycystyczna siedzibe, ale pod presja rodziny dodano do niej trzy tajskie wieze. Przyciete na ksztalt duzych bonsai albo figur z legend drzewka dodaja uroku temu miejscu i licznym strzegocym go zolnierzom, w tym dwom niewzruszonym jak przed Palacem Buckhingam.&lt;br /&gt;Wracajac przez plac szumnie zwany krolewskimi gruntami, a sluzacy m.in. za postoj dla autobusow, moglismy podziwiac z daleka dachy budynkow, ogladanych wczesniej z bliska oraz tajlandzka sztuke puszczania latawcow - popularna tu rozrywke dzieci i doroslych.&lt;br /&gt;Nasz guesthouse, mimo bliskosci najgwarniejszej tutystycznej arterii miasta jest cichy i pozwala na odpoczynek od zgielku. Na ta handlowo-knajpiana ulice Khao San, odwiedzana licznie przez "plecakowiczow" udajacych sie przez Bangkok do mniej cywilizowanych krajow Azji, wybylismy dopiero poznym wieczorem. Jest tu wszystko - czesto podrabiane - plyty, konfekcja od T-shirtow, przez indyjskie ciuszki i lancuszki po garnitury Armaniego;) szyte na miare (65 euro), podrabiane dokumenty, studia tatuazu, SPA i nauki tajskiej kuchni i wszelkiego rodzaju lokale. Wlasnie czekamy na pizze przygotowana przez prawdziwego Wlocha i slychac tu multo Italiano :) Pachnie pieknie</description><link>http://www.iitis.gliwice.pl/~kil/blog/2008/02/bangkok-dzien-i.html</link><author>Kiler</author></item><item><guid isPermaLink='false'>tag:blogger.com,1999:blog-9168220205165113289.post-26251024697656893</guid><pubDate>Sun, 03 Feb 2008 14:44:00 +0000</pubDate><atom:updated>2008-02-03T15:44:32.417+01:00</atom:updated><title>Zdjecia z Bangkoku</title><description>&lt;iframe align=left src=http://picasaweb.google.co.uk/kgrochla/Bangkok/photo#s5162758889146727666 frameBorder=0 width=670 scrolling=no height=450&gt;&lt;/iframe&gt;</description><link>http://www.iitis.gliwice.pl/~kil/blog/2008/02/zdjecia-z-bangkoku.html</link><author>Kiler</author></item><item><guid isPermaLink='false'>tag:blogger.com,1999:blog-9168220205165113289.post-7583867972504119476</guid><pubDate>Sun, 03 Feb 2008 14:30:00 +0000</pubDate><atom:updated>2008-02-29T01:05:53.250+01:00</atom:updated><title>Droga z Siem Reap do Poipet - nasza podroz do Tajlandii</title><description>Kambodze postanowilismy opuscic droga ladowa, oslawiona trasa z Siem Rap do Poipet. Bilet do granicy kosztuje zaledwie 6 USD. Droga w porze suchej jest do przebycia w okolo 5 godzin (chociaz to zaledwie 160km), w porze deszczowej nawet dwa razy wiecej. Asfalt skonczyl sie kilanascie kilometrow za Siem Reap, dalej tylko droga szutrowa. Na szczescie aktualnie jest w stosunkowo dobrym stanie. Mijalismy sporo wywrotek i miejsc, w ktorych sa budowane mosty, wiec wyglada na to, ze za jakies 2 lata bedzie tu asfalt i legenda umrze... Ale przy drodze jest pelno zwyklych kambodzanskich chat na palach, mija sie wiele pickupow zaladowanych kilkunastoma osobami. N postojach dzieci zaczepiaja podroznych, czasem zeby cos sprzedac, czasem by po prostu pocwiczyc angielski. Zaskoczyla nas mala dziewczynka, ktora na odpowiedz, ze jestesmy z Polski wyciagnela ze swojej kolekcji monet 10 gr. &lt;br /&gt;Do granicy dotarlismy okolo 14.00 i tu spotkala nas bardzo niemila niespodzianka. Najpierw celnik kambodzanski poprosil nas na bok i powiedzial, ze mamy problem. Chcielismy otrzymac wize "on arrival" w Tajlandii, ktora sprowadza sie do wypelnienia fromularza i uiszczenia oplaty. Wedle informcji z przewodnika i stron internetowych ambasady jest ona dostepna na wszystkich glownych przejsciach granicznych. Wiecej nie szukalismy :( Niestety przejscie w Annaprayet okazalo sie nie byc glownym i taka wize mozna otrzymac w praktyce tylko na lotniskach i 2 przejsciach z Laosem (szczegolowe informacje mozna znalezc w internecie...). Probowalismy jeszcze dyskutowac z celnikiem tajlandzkim, ale nic to nie dalo. Przemyslelismy nasze beztroskie podejscie do Tajlandii, jako w obiegowej opinii kraju bardzo otwartego na turystow i postanowilismy przed kolejnymi podrozami ( ? ) zawsze dzwonic do konsulatu kraju, do ktorego zamierzamy sie udac, aby wypytac o aktualne zasady wizowe i nie tylko. Jedynym rozwiazaniem bylo wykupienie lotu z Siem Raep do Bangkoku i tam wykupienie wizy na lotnisku. W jednym z nadgranicznych kasyn znalezlismy kafejke internetowa, sprawdzilismy polaczenia, no i udalismy sie na autobus spowrotem do Siem Raep. Bilet w druga strone juz kosztowal 12 USD, no i mielismy kolejne niezapomniane 5 godzin w trzesacym sie autobusie. Nauka azjatyckiego spokoju i koniecznosc dlugiej medytacji bezcenna ;) Przywieziono nas na miejsce okolo 22 (po drodze organizujac postoj na kolacje, aby bron boze nie dojechac zbyt szybko) do guesthousu strasznie daleko od centrum - prawda okazaly sie informcje z internetu, ze wszyscy pasazerowie autobusow z granicy tajlandzkiej sa juz sprzedani jakiemus guesthousowi. Nocleg w pokoju z wentylatorem kosztowal jednak tylko 5 USD, wiec nie szukalismy niczego innego. Rano pobudka i na samolot do Bangkoku. Bilet z oplatami kosztowal 140 USD od osoby, lecielismy w bardzo przyjemnych warunkach smiglowym samolotem pomalowanym w palmy, zaserwowano nam tez obfity, smaczny posilek.</description><link>http://www.iitis.gliwice.pl/~kil/blog/2008/02/droga-z-siem-reap-do-poipet-nasza.html</link><author>Kiler</author></item><item><guid isPermaLink='false'>tag:blogger.com,1999:blog-9168220205165113289.post-7621270737193891879</guid><pubDate>Sat, 02 Feb 2008 06:28:00 +0000</pubDate><atom:updated>2008-02-09T04:58:11.515+01:00</atom:updated><title>Jezioro Tonle Sap</title><description>Ostatniego (a przynajmniej tak wtedy myslelismy) dnia w Kambodzy postanowilismy zobaczyc wioske na jeziorze Tonle Sap. TukTuk zabral nas spod guesthouseu do przystani lodzi. Po drodze stopniowo zabudowa stawala sie coraz rzadsza, a zwykle domy ustepowaly miejsca chatom z trzciny na palach. Dalej od miasta droga biegla po nasypie, a obydwie jej strony wygladaly na zalewane woda podczas pory deszczowej. Zawieziono nas do biura biletow, gdzie okazalo sie, ze jedyna opcja zwiedzania to wykupienie biletu za 20 USD. Ktos polozyl lape na interesie i zorganizowal lokalny monopol. Wykupilismy bilety i pojechalismy dalej do przystani. Zabral nas wskazany wlasciciel dlugiej lodzi na poltoragodzinna przejazdzke po wiosce. Odcumowanie i wyplatanie sie z gaszczu innych lodzi i chat bylo przygoda sama w sobie - nasz sternik odbijajac od kei zahaczyl o kilka innych lodzi i chat, co zostalo przez ich wlascicieli tylko skwitowane usmiechem i stwierdzeniem "good driver". W pol godziny zostalismy przewiezieni pomiedzy kilkudziesiecioma domami - tratwami. Po drodze widzielismy las namorzynowy, okresowo zalewany przez wode. Zawieziono nas do plywajacej restauracji z hodowla krokodyli i oczywiscie sklepikami. Podplywalo do nas sporo malych lodek z dziecmi oferujacymi rozne owoce lub inne towary na sprzedaz. Najwieksze wrazenie zrobila na nas dziewczynka, ktora przyplynela w balii, proszac o dolara (jest na jednym ze zdejc). Magda na chwile wsiadla do lodki z dwojka dzieci i zrobila z nimi mala rundke po wodzie. System plywania byl taki, ze dwie osoby wiosluja a trzecia wylewa wode :) &lt;br /&gt;W wiosce znajduja sie tez dwie plywajace szkoly - podstawowa i gimnazjum, oraz punkt pomocy lekarskiej, wszystko przycumowane i gotowe do przeniesienia w inne miejsce, gdy poziom wody sie podniesie. W niektorych chatach mozna bylo zobaczyc telewizory, zasilane z akumulatorow ladowanych na ladzie. Od naszego kierowcy dowiedzielismy sie, ze wiekszosc mieszkancow wioski to Wietnamczycy, ale szkola naucza w jezyku khmerow.&lt;br /&gt; Pozniej juz szybki powrot i obiad w Siem Raep - szkosztowalismy krokodyla! A wieczorem spotkalismy sie ze znajomymi Magdy, bedacymi w rocznej podrozy dookola swiata - www.podroznicy.com.pl - swietna strona. &lt;br&gt;&lt;br /&gt;&lt;iframe align=left src=http://picasaweb.google.co.uk/kgrochla/JezioroTonleSab/photo#s5162278454104997010 frameBorder=0 width=670 scrolling=no height=450&gt;&lt;/iframe&gt;</description><link>http://www.iitis.gliwice.pl/~kil/blog/2008/02/bangkok-przyjechalismy.html</link><author>Kiler</author></item><item><guid isPermaLink='false'>tag:blogger.com,1999:blog-9168220205165113289.post-7532740984005887653</guid><pubDate>Wed, 30 Jan 2008 15:35:00 +0000</pubDate><atom:updated>2008-01-30T16:37:21.764+01:00</atom:updated><title>Zdjecia z Angkor</title><description>&lt;iframe align=left src=http://picasaweb.google.co.uk/kgrochla/Angkor/photo#s5161290929454495554 frameBorder=0 width=670 scrolling=no height=450&gt;&lt;/iframe&gt;</description><link>http://www.iitis.gliwice.pl/~kil/blog/2008/01/zdjecia-z-angkor.html</link><author>Kiler</author></item><item><guid isPermaLink='false'>tag:blogger.com,1999:blog-9168220205165113289.post-7592541943994428273</guid><pubDate>Wed, 30 Jan 2008 03:39:00 +0000</pubDate><atom:updated>2008-01-30T04:44:47.673+01:00</atom:updated><title>Kambodza</title><description>Jestesmy w Kambodzy zajeci w 100% zwiedzaniem Angkor Wat i innych swiatyn starozytnych Kmerow. Wrazenia ogromne, kraj zupelnie inny, piekne widoki, tak ze zdjec robimy po 100 dziennie. Postaramy sie dzisiaj wieczorem uzupelnic opis, bo tearz tylko tak na szybko...</description><link>http://www.iitis.gliwice.pl/~kil/blog/2008/01/kambodza.html</link><author>Kiler</author></item><item><guid isPermaLink='false'>tag:blogger.com,1999:blog-9168220205165113289.post-5681792833831002892</guid><pubDate>Sun, 27 Jan 2008 19:59:00 +0000</pubDate><atom:updated>2008-01-27T20:59:02.235+01:00</atom:updated><title>Kuala Lumpur</title><description>KL przywitalo nas deszczem. Zwiedzanie rozpoczelismy od zostawienia&lt;br&gt;plecakow na dworcu Sentral i szukaniu wlasciwej kasy biletowej na&lt;br&gt;metro (trafilismy za 4-tym razem). Nastepnie pojechalismy pod Petronas&lt;br&gt;Twin Tower. Naprawde robia wrazenie swoim ogromem i po prostu&lt;br&gt;kdizycowym wygladem! Do tego swietnie wygladal srebrny kolor na tle&lt;br&gt;nieba podczas zachodu slonca. U podnoza jest ogromne centrum handlowe&lt;br&gt;i cala okolica wypelniona wiezowcami, cos jak La Defense w Paryzu czy&lt;br&gt;londynskie City. Po zrobieniu kilku zdjec przespacerowalismy sie do&lt;br&gt;wiezy telewizyjnej - 4-ta na swiecie pod wzgledem wysokosci.&lt;br&gt;Wjechalismy na gore juz po zmroku, dzieki czemu moglismy podziwiac&lt;br&gt;swiatla miasta i oswietlone Petronas Twin Towers. Potem szybki powrot&lt;br&gt;na KL Sentral i na lotnisko. Po drodze przejechalismy obok Cyberjaya -&lt;br&gt;nowo zbudowanego miasta dla firm nowych technologii. Przy nowej, 3&lt;br&gt;pasmowej autostradzie powstaja cale osiedla domkow. Patrzac na KL&lt;br&gt;wydaje sie, ze Polska jest daleko w tyle za Malezja, takich drog,&lt;br&gt;kolejki miejskiej, a i tak uporzadkowanej i z technologicznymi&lt;br&gt;ulatwieniami stolicy to nie bedziemy mieli jeszcze dlugo.&lt;br&gt;Aktualnie siedzimy na specjalnie zbudowanym dla tanich linii&lt;br&gt;lotniczych terminalu. WIFI jest za darmo, wiec jest okazja do&lt;br&gt;uzupelnienia bloga i sprawdzenia newsow z Polski.</description><link>http://www.iitis.gliwice.pl/~kil/blog/2008/01/kuala-lumpur.html</link><author>Kiler</author></item><item><guid isPermaLink='false'>tag:blogger.com,1999:blog-9168220205165113289.post-469701299781950717</guid><pubDate>Sun, 27 Jan 2008 19:55:00 +0000</pubDate><atom:updated>2008-01-27T20:55:57.360+01:00</atom:updated><title>Podsumowania i obserwacje z autobusu.</title><description>Do Kuala Lumpur jedziemy super wygodnym autobusem, z fotelami&lt;br&gt;wyposazonymi w podnozki, tak szerokimi, ze mieszcza sie tylko 3 w&lt;br&gt;rzedzie. Niestety cos sie psuje w klimatyzacji i juz 3-ci raz sie&lt;br&gt;zatrzymalismy, tym razem obok jakiegos przydroznego serwisu... Jest&lt;br&gt;wiec czas na pierwsze podsumowania wrazen z Malezji.&lt;br&gt;Wczoraj do 12 w nocy dyskutowalismy o roznicach pomiedzy Polska i&lt;br&gt;Malezja z kilkoma studentami - malezyjskimi chinczykami. Malezja jest&lt;br&gt;krajem wielokulturowym i to w stopniu jaki w Europie trudno sobie&lt;br&gt;wyobrazic. Wiekszosc stanowia Malajowie, muzulumanie. Na drugim&lt;br&gt;miejscu sa Chinczycy (glownie wyznajacy buddyzm), a na 3-cim Hindusi&lt;br&gt;(hinduizm). Na ulicach mozna uslyszec wszystkie 3 jezyki, a do tego&lt;br&gt;angielski. Szkoly podstawowe i srednie sa prowadzone we wszystkich&lt;br&gt;jezykach, uniwersytety w angielskim i malajskim. Po angielsku w&lt;br&gt;stopniu podstawowym mozna sie dogadac prawie z kazdym, moze poza&lt;br&gt;malymi wioskami. Na sklepach i restauracjach sa szyldy w kilku&lt;br&gt;jezykach, wlacznie z chinskim, ale wcale nie ma obowiazku stosowac&lt;br&gt;malajskiego - np po przyjezdzie do Johor Bahru na warsztacie&lt;br&gt;samochodowym byla kartka o 1 dniu przerwy w pracy, zapisana po&lt;br&gt;angielsku i chinsku. W miastach sa swiatynie wszystkich trzech&lt;br&gt;religii, poszczegolne spolecznosci swietnie ze soba wspolpracuja - w&lt;br&gt;Batu Ferhingi mieszkalismy u chinczyka obok meczetu, jego zona&lt;br&gt;wieczorem palila kadzidelka ku czci przodkow w przydomowym oltarzyku,&lt;br&gt;a przed switem budzilo nas nawolywanie mully do nabozenstwa. Jedna z&lt;br&gt;ulic Georgetown zostala wylaczona z ruchu na czas hinduistycznego&lt;br&gt;swieta Thaipusan, chociaz panujaca religia jest islam. Konstytucja&lt;br&gt;uchwalona w 1968 roku dala wszystkim miejszosciom prawo glosu i&lt;br&gt;swobody wyboru religii.&lt;br&gt;Gospodarczo Malezja wydaje sie na poziomie moze troche ponizej Polski.&lt;br&gt;Sa tutaj duzo wieksze roznice pomiedzy dochodami ludzi, nie ma placy&lt;br&gt;minimalnej, a pomoc spoleczna jest duzo mniej rozbudowana niz w&lt;br&gt;Europie. Dzieki temu jest sporo ludzi chcacych za nieiwelkie pieniadze&lt;br&gt;wykonywac prace, ktorych u nas nikt by sie nie podjal - przejazdzka&lt;br&gt;riksza czy obiad w budce kosztuje kilkakrotnie taniej niz u nas.&lt;br&gt;Podstawa rolnictwa jest produkcja oleju z palmy kokosowej, co widac z&lt;br&gt;okien autobusu - plantacje palm sa tak powszechne jak u nas pola&lt;br&gt;zboza. Niestety spowodowalo to wytrzebienie dzungli, a to problemy z&lt;br&gt;zatrzymywaniem wody w gruncie i powodziami.  I ciekawotka - benzyna tu&lt;br&gt;kosztuje okolo 1.20 zl/litr. Malezja ma swoje zloza ropy naftowej i&lt;br&gt;jest mniej wiecej samowystarczalna. Oczywiscie swietnie to wplywa na&lt;br&gt;konkurencyjnosc gospodarki, ale tez na bardzo duzy ruch samochodow.</description><link>http://www.iitis.gliwice.pl/~kil/blog/2008/01/podsumowania-i-obserwacje-z-autobusu.html</link><author>Kiler</author></item><item><guid isPermaLink='false'>tag:blogger.com,1999:blog-9168220205165113289.post-1890903693832235229</guid><pubDate>Sun, 27 Jan 2008 03:44:00 +0000</pubDate><atom:updated>2008-01-27T04:46:26.659+01:00</atom:updated><title>Kolejne zdjecia</title><description>Dodalem kolejne zdjecia z naszych wczorajszych wypraw na pola herbaciane i do dzungli. Widoki naprawde przepiekne... Teraz juz sie pakujemy i za 2 godziny wyruszamy do Kuala Lumpur</description><link>http://www.iitis.gliwice.pl/~kil/blog/2008/01/kolejne-zdjecia.html</link><author>Magda</author></item><item><guid isPermaLink='false'>tag:blogger.com,1999:blog-9168220205165113289.post-8602676803574988944</guid><pubDate>Sat, 26 Jan 2008 16:34:00 +0000</pubDate><atom:updated>2008-01-26T17:34:27.694+01:00</atom:updated><title>Plantacja herbaty, dzungla i Orang Ansli</title><description>26.01.2008.&lt;br&gt;Chlodniejszy klimat Gor Cameron - ok. 20 stopni - sprzyja aktywnemu&lt;br&gt;wypoczynkowi. Juz wczoraj poszlismy na &amp;quot;spacer&amp;quot; jedna z wyznaczonych&lt;br&gt;po dzungli sciezek. Dzis, po zakupie mapy, okazalo sie, ze wybralismy&lt;br&gt;najtrudniejsza i dlugo bedziemy wspominac wspinaczke wsrod nawolywan&lt;br&gt;ptakow przez bujna roslinnosc i pospieszny powrot, aby zdazyc przed&lt;br&gt;zmrokiem. Postanowilismy jednak wykupic zorganizowana wycieczke i dzis&lt;br&gt;zaczelismy dzien od jazdy Land Rowerem z lat szescdziesiatych po&lt;br&gt;kretych gorskich drogach, gdzie przed kazdym zakretem trzeba dac znac&lt;br&gt;klaksonem, ze sie jedzie. Przewodnikiem byl wesoly Hindus chetnie i&lt;br&gt;duzo opowiadajacy o miejscowych atrakcjach, gdyz tu sie wychowal.&lt;br&gt;Plantacja herbaty byla pierwszym postojem. Kojaca zielen udrapowanych&lt;br&gt;krzewami stokow gor wsrod mgiel to widok, ktorego nie da sie&lt;br&gt;zapomniec. Energicznej indyjskiej angielszczyzny, w ktorej&lt;br&gt;wysluchalismy opowiesci o historii i produkcji tego napoju chinskich&lt;br&gt;krolow tez nie zapomnimy :) Nastepnym punktem byl las porosniety&lt;br&gt;mchami i wspinaczka na najwyzsze tutejsze szczyty - Gunung Brinchang&lt;br&gt;(2000m.) i Gunung Irau (2090m.). Droga dojezdza prawie do celu, takze&lt;br&gt;nie zmeczylismy sie, niestety nie byla to spodziewana przeze mnie&lt;br&gt;piesza trasa, ale moze dobrze. Las mchow sliczny, tajemniczy a widok z&lt;br&gt;gory piekny mimo mgiel. Po &amp;quot;trudach wspinaczki&amp;quot; pojechalismy na&lt;br&gt;herbatke BOH (best of highlands - kompania rodziny Russel) do&lt;br&gt;malowniczo polozonej kawiarni, zbudowanej podobno w&lt;br&gt;europejskim/skandynawskim/japonskim stylu - faktycznie ciekawa...&lt;br&gt;Swieza herbata pyszna, maja gatunki czarnej herbaty polecane do&lt;br&gt;dodawania mleka i aromatyczne, szkoda, ze tyle jeszcze przed nami&lt;br&gt;drogi i nie chcielismy przepelniac plecaka. Potem znow farma motyli,&lt;br&gt;ale tu atrakcja byly insekty, radosnie wyciagane przez oprowadzajacego&lt;br&gt;z terrariow i przekazywane ciekawej turystce, przez chwile mialam wiec&lt;br&gt;bransoletke ze stonogi i ze strachem goscilam na dloni skorpiona.&lt;br&gt;Wycieczka na tym sie konczyla, ale my jeszcze mielismy apetyt na&lt;br&gt;truskawki, jednak nic nie dorownuje tym od Mamy Krzysia. Nawet&lt;br&gt;bezposrednio na farmie sa ona tu zreszta drozsze niz w Polsce, za to&lt;br&gt;sa przez caly rok, podobnie jak warzywa, po ktore podbno przyjezdzaja&lt;br&gt;tu az z Singapuru. Z tych nieobecnych w Polsce rzuca sie w oczy&lt;br&gt;fioletowy kalafiorobrokul, ale targ wyglada zupelnie jak w Zabrzu.&lt;br&gt;Wrocilismy do Tanah Raty taksowka po dlugim spacerze poboczem - las&lt;br&gt;jest tu jednak zbyt gesty a mapy &amp;quot;artystyczne&amp;quot;, rozkladow jazdy nie&lt;br&gt;ma...&lt;br&gt;Malo nam bylo spacerow, wiec szczesliwi, ze udalo sie znalezc wejscie&lt;br&gt;na oznaczona jako srednio trudna sciezke, powedrowalismy do lasu. Tu&lt;br&gt;spotkala nas niespodzianka - po chwili wspinaczki Krzysiu zauwazyl&lt;br&gt;siedzacego na drzewie czlowieka z dluga &amp;quot;rurka&amp;quot; przy ustach. Po&lt;br&gt;lekturze opisow wycieczek domyslilismy sie, ze to Orang Asli, rdzenny&lt;br&gt;mieszkaniec Malezji, polujacy przy pomocy &amp;quot;blow pipe&amp;quot;, w wolnym&lt;br&gt;tlumaczeniu &amp;quot;dmuchawki&amp;quot;. Niestety gestami odmowil fotografii. Od tego&lt;br&gt;spotkania staralismy sie isc inaczej niz &amp;quot;biale twarze - sapiace&lt;br&gt;niedzwiedzie&amp;quot;, zauwazylismy wiec tez innych tubylcow, ubranych jak ten&lt;br&gt;na drzewie w normalna koszule i spodnie, spostrzeglismy tez, ze&lt;br&gt;pogwizdywania brane przez nas za spiew ptakow, to ich nawolywania. Nie&lt;br&gt;zalujemy wiec juz, ze nie pojechalismy do ich stworzonej dla turystow&lt;br&gt;wioski, widzielisy ich w akcji :) Powrot z wyznaczonej sciezki, ktora&lt;br&gt;nagle przestal byc oznakowana umozliwily nam linie i stacja wysokiego&lt;br&gt;napiecia - cala Malezja - kraj wyrwany dzungli i dazacy do idei&lt;br&gt;spoleczenstwa zindustrializowanego, mieszkan w blokach, ktore szpeca&lt;br&gt;krajobraz i zunifikowanej, choc wielokulturowej ludnosci. Moze to&lt;br&gt;niewygodne dla turystow, ale globalizacja dotarla tu juz dawno.&lt;br&gt;Teraz siedzimy przy naszym tanim pensjonacie, plonie ognisko, Krzys&lt;br&gt;wymienia informacje o ojczyznach z Malezyjczykami, ktorzy czasem&lt;br&gt;zagraja na gitarze jakas tajska ballade rockowa - jak w Polsce :)</description><link>http://www.iitis.gliwice.pl/~kil/blog/2008/01/plantacja-herbaty-dzungla-i-orang-ansli.html</link><author>Kiler</author></item><item><guid isPermaLink='false'>tag:blogger.com,1999:blog-9168220205165113289.post-3894325616685249310</guid><pubDate>Fri, 25 Jan 2008 16:00:00 +0000</pubDate><atom:updated>2008-01-27T05:15:57.919+01:00</atom:updated><title></title><description>Hej!&lt;br /&gt;Wlasnie laduja sie zdjecia - powinny sie wyswietlic ponizej:&lt;br /&gt;Do Tanah Raty w Cameron Highlands dotarlismy bez problemu, udalo nam sie dorwac do komputera i zaznaczylem na mapie na dole nasze polozenie. Po przyjezdzie poszlismy na krotki spacer sciezka po dzungli. Niestety przestal dzialac aparat fotograficzny (po prostu nagle odmowil wlaczania sie), ale moze jakos sie to uda rozwiazac. Na jutro rano mamy zaplanowana wyprawe z przewodnikiem na trekking po dzungli i pola herbaciane, potem moze bardziej samodzielnie jakies farmy truskawek albo wioska orang asli (tubylcow). Niestety za oknem pada deszcz, a tu ponoc jak zacznie padac to nie przestaje przez kilka dni, wiec nie wiadomo co z tych planow wyjdzie...&lt;br /&gt;Temperatura tutaj to tylko okolo 20 stopni, wiec troche nam chlodno :-)&lt;br /&gt;&lt;iframe align=left src=http://www.flickr.com/photos/22739878@N05/sets/72157603799412824/show/ frameBorder=0 width=670 scrolling=no height=450&gt;&lt;/iframe&gt;</description><link>http://www.iitis.gliwice.pl/~kil/blog/2008/01/hej-wlasnie-laduja-sie-zdjecia-powinny.html</link><author>Kiler</author></item><item><guid isPermaLink='false'>tag:blogger.com,1999:blog-9168220205165113289.post-8834445398616599128</guid><pubDate>Fri, 25 Jan 2008 13:56:00 +0000</pubDate><atom:updated>2008-01-25T14:56:55.569+01:00</atom:updated><title>W drodze do Cameron Highlands</title><description>25.01.2008&lt;br&gt;Jedziemy autostrada wsrod plantacji palm kokosowych, mijamy fabryczki&lt;br&gt;i porzadne stacje benzynowe, dalej przez miasteczka i zielone gory.&lt;br&gt;Zupelnie jak w Polsce, tylko roslinnosc inna i bujniejsza, miast mniej&lt;br&gt;i troche bardziej chaotyczne, a autostrada porzadniejsza :) Porownania&lt;br&gt;do Polski nasuwaja sie czesto - miasto Georgetown bylo jak mieszanina&lt;br&gt;Warszawy, Miedzyzdrojow i Bytomia, Batu Ferringhi to taka wieksza&lt;br&gt;Leba. Mimo, ze roznimy sie od miejscowych kolorem skory czujemy sie&lt;br&gt;zupelnie swobodnie, mile widziani nie tylko jako zrodlo dochodu, ale&lt;br&gt;tez ciekawi partnerzy do pogawedki i przyjezdni, ktorym trzeba pomoc.&lt;br&gt;Naprawde goscinnosci mogliby Polacy od Malezyjczykow sie uczyc, a&lt;br&gt;przede wszystkim serdecznego usmiechu przy kazdej okazji.&lt;br&gt;Jedzenie jest tu przepyszne, przede wszystkim w tych najobskurniej&lt;br&gt;wygladajacych budkach, nawet na dworcu autobusowym takie domowe i&lt;br&gt;swieze. Ryz nalozony na talerz to podstawa, do tego dobiera sie&lt;br&gt;warzywa - kielki, swiezy szpinak i inna niezidentyfikowana zielenina,&lt;br&gt;oraz mieso - najczesciej ryby albo kurczak w roznych aromatycznych,&lt;br&gt;czesto wsciekle ostrych sosach. Miejscowi takze rano wcinaja&lt;br&gt;pakuneczki ryzu wymieszanego z roznosciami, tak smakowicie to wyglada,&lt;br&gt;ze dzis pozalowalismy, ze wybralismy bardziej europejskie sniadanie.&lt;br&gt;Wszystko jest tez oblednie tanie (np. dzis obiad dla dwoch osob 7&lt;br&gt;zl.), oczywiscie poza restauracjami nastawionymi na turystow, gdzie&lt;br&gt;ceny sa porownywalne do lokali w Polsce, ale tez sposob przyrzadzenia&lt;br&gt;potraw troche bardziej wyszukany. Nie dopadly nas tez zadne problemy&lt;br&gt;brzuszne, odpukac.&lt;br&gt;Jedziemy juz 4 godziny, jestesmy blisko celu. Widoki piekne,&lt;br&gt;roznorodnosc i bogactwo zieleni porastajacej strome zbocza gor&lt;br&gt;przyprawia o zawrot glowy. Rozpoznajemy bambusy, paprocie, a gatunki&lt;br&gt;drzew lisciastych i palm sa dla ns tajemnica. Jestesmy coraz wyzej i&lt;br&gt;zaczyna sie mgielka - odpoczniemy od upalu i mam nadzieje skorzystamy&lt;br&gt;z bogactwa tutejszych plantacji truskawek :)</description><link>http://www.iitis.gliwice.pl/~kil/blog/2008/01/w-drodze-do-cameron-highlands.html</link><author>Kiler</author></item><item><guid isPermaLink='false'>tag:blogger.com,1999:blog-9168220205165113289.post-8479368318106317024</guid><pubDate>Thu, 24 Jan 2008 17:35:00 +0000</pubDate><atom:updated>2008-01-24T18:35:32.787+01:00</atom:updated><title>Motyle, dzungla i Georgetown</title><description>24.01.2008&lt;br&gt;Dzis wygralismy z komunikacja miejska, troche czasu to kosztowalo, ale&lt;br&gt;jezdzilismy tylko autobusami - atrakcja sama w sobie, szczegolnie&lt;br&gt;wyprzedzanie na zakretach i przeganianie z drogi motocyklistow. Tuz po&lt;br&gt;przebudzeniu pojechalismy na farme motyli - cos pieknego! Mnostwo&lt;br&gt;kolorowych, trzepoczacych skrzydelek wsrod roslin i kwiatow, w budyku&lt;br&gt;z siatki, ze zraszaczami chlodzacymi przyjemnie i oczkami wodnymi z&lt;br&gt;plywajacymi duzymi rybami. Nabralismy apetytu na przyrode i&lt;br&gt;pojechalismy do Teluk Bahang - rybackiej wioski, w ktorej jest wejscie&lt;br&gt;do Parku Narodowego Penang. Przed wyprawa posililismy sie w portowym&lt;br&gt;barze, niesamowicie tanim. Skosztowalismy nawet swiezutkiego kraba,&lt;br&gt;ktorego rozlupac pomogla nam szefowa kuchni. Przyjemnie bylo z pelnym&lt;br&gt;brzuszkiem obserwowac z pomostu prace tutejszych rybakow. Wejscie do&lt;br&gt;parku trzeba zarejestrowac w biurze. Zapytano nas, ktory cel wybieramy&lt;br&gt;i podano czas przejscia polowe krotszy niz w opisie. Pomyslelismy, ze&lt;br&gt;to tak jak nasze oznaczenia w gorach i pelni wiary we wlasne sily&lt;br&gt;ruszylismy na Plaze Malp. Trasa wiodla granica plazy i dzungli,&lt;br&gt;towarzyszyl nam wiec szum fal i tajemnicze odglosy lasu, glownie&lt;br&gt;cykanie i bzyczenie, bardzo zreszta glosne. Po polgodzinnej wedrowce&lt;br&gt;bylismy mokrzy, a Magda juz marzyla, ze moze z tej plazy beda kursowac&lt;br&gt;jakies lodki. Godzina wystarczyla, aby gleboko rozumiec podroznikow&lt;br&gt;przedzierajacych sie z trudem przez dzungle ;) Na szczescie&lt;br&gt;zauwazylismy malpy. One nas tez. Obserwowalismy sie nawzajem i nawet&lt;br&gt;przestalismy sie siebie bac, szczegolnie, ze w plecaku byly jeszcze&lt;br&gt;rodzynki z samolotu. Jak sie skonczyly trzeba bylo udac sie spowrotem,&lt;br&gt;zeby nie psuc poprawnosci wzajemnych stosunkow... Nie szkodzi, ze do&lt;br&gt;wlasciwego celu podrozy nie dotarlismy.&lt;br&gt;Wieczorem wybralismy sie do Georgetown. Riksza pojechalismy do portu -&lt;br&gt;przezycie wieksze niz jazda autobusem, szczegolnie przejazd przez&lt;br&gt;skrzyzowanie na czerwonym. Pospacerowalismy po starowce, ktorej&lt;br&gt;swietnosc dawno minela i najwiekszym atutem jest roznorondnosc&lt;br&gt;kulturowa wsrod postkolonialnych budynkow. Wszedzie jezdza samochody,&lt;br&gt;gra najrozniejsza muzyka i generalnie jest halas. Wrocilismy&lt;br&gt;autobusem, na ktory czekalismy ponad 40 mninut, co umilaly nam kobiety&lt;br&gt;w sari, inni Indyjczycy i Arabowie, a wszyscy zainteresowani dokad&lt;br&gt;jedziemy i przekonani, ze nasze &amp;#39;&amp;#39;lan o lan&amp;#39;&amp;#39; w koncu nadjedzie&lt;br&gt;(autobus do naszej wioski ma nr 101).&lt;br&gt;Teraz siedzimy sobie na tarasie, sluchamy szumu fal i obserwujemy&lt;br&gt;gekony - male jaszczurki, ktore walcza ze soba na suficie. Jutro&lt;br&gt;ruszamy na wzgorza herbaciane.</description><link>http://www.iitis.gliwice.pl/~kil/blog/2008/01/motyle-dzungla-i-georgetown.html</link><author>Kiler</author></item><item><guid isPermaLink='false'>tag:blogger.com,1999:blog-9168220205165113289.post-8650789399648069646</guid><pubDate>Thu, 24 Jan 2008 17:34:00 +0000</pubDate><atom:updated>2008-01-27T05:13:49.341+01:00</atom:updated><title>Penang</title><description>Penang&lt;br&gt;23.01.2008&lt;br&gt;Z Johor Bahru dolecielismy liniami Air Asia - zupelnie jak europejskie&lt;br&gt;WizzAir, tylko w czerwonych barwach i nie przekraczalismy zadnej&lt;br&gt;granicy.&lt;br&gt;Na wyspie jest chyba jeszcze gorecej, a na pewno wilgotniej niz w&lt;br&gt;Singapurze. Od razu musielismy sobie radzic z kompletnym brakiem&lt;br&gt;rozkladu jazdy autobusow, na szczescie taksowki sa tanie, a&lt;br&gt;taksowkarze przyjazni - Indyjczyk, ktory nas wiozl zboczyl z drogi,&lt;br&gt;zeby pokazac nam roztanczonych wyznawcow hinduizmu swietujacych przy&lt;br&gt;specjalnie wybudoawanych, kolorowych oltarzach na ulicach Georgetown.&lt;br&gt;My jednak tesknilismy juz za cisza, morzem i plaza, pierwszego dnia&lt;br&gt;lenilismy sie wiec w mniejszym turystycznym miasteczku Batu Ferringhi,&lt;br&gt;tuz przy naszym BabaGuesthouse, budzeni tylko przez spiew mully z&lt;br&gt;meczetu tuz obok. W okolicy jest wiecej pokoi goscinnych, prowadzonych&lt;br&gt;w wiekszosci przez Chinczykow, a takze liczne, duze hotele oraz&lt;br&gt;zatrzesienie drobnych biznesikow - restauracji, a glownie stoisk z&lt;br&gt;jedzeniem i plastikowymi krzeslami, salonikow masazu stop, biur&lt;br&gt;wycieczkowych i oczywiscie wszelkiego rodzaju sklepikow. Trudno przy&lt;br&gt;glownej ulicy znalezc ciche  miejsce, nam udalo sie zjesc w&lt;br&gt;restauracji na uboczu i nawet widzelismy wylazacego z rzeczki obok&lt;br&gt;jaszczura. Na plazy wieczorem mozna spotkac Malajczykow z wedkami lub&lt;br&gt;z malymi sieciami, lowiacych cos, czego nie udalo nam sie zobaczyc.&lt;br&gt;Tutaj jednak tez interes knajpiany kwitnie do poznej nocy, co ma swoje&lt;br&gt;dobre strony - mozna lezec, patrzec w gwiazdy, sluchac szumu fal i&lt;br&gt;Erica Claptona :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;iframe align=left src=http://www.flickr.com/photos/22739878@N05/sets/72157603802879583/show/ frameBorder=0 width=670 scrolling=no height=450&gt;&lt;/iframe&gt;</description><link>http://www.iitis.gliwice.pl/~kil/blog/2008/01/penang.html</link><author>Kiler</author></item><item><guid isPermaLink='false'>tag:blogger.com,1999:blog-9168220205165113289.post-8698907676291789973</guid><pubDate>Wed, 23 Jan 2008 06:36:00 +0000</pubDate><atom:updated>2008-01-27T05:12:35.426+01:00</atom:updated><title>Singapur i Johor Bahru</title><description>Do Singapuru lecielismy przez Amsterdam. Krotkim spacerem nad kanalami&lt;br&gt;pozegnalismy europejska pogode - deszcz szybko zagonil nas do&lt;br&gt;kawiarenki. Dwunastogodzinny lot w wiekszosci przespalismy, co bylo&lt;br&gt;swietnym odpoczynkiem po gonitwie przed wyjazdem.&lt;br&gt;Po przylocie od razu szok temperaturowy - slonce i 31 stopni. W&lt;br&gt;terminalach mimo klimatyzacji lekka wilgoc, za to bogata, naturalna&lt;br&gt;roslinnosc, duzo storczykow.&lt;br&gt;Juz widoki przed ladowaniem zapowiadaly niezwykle uporzadkowane&lt;br&gt;miasto. Kontrola paszportowa poszla sprawnie i wcale nie bylo&lt;br&gt;przeszukiwania bagazy, kwestionowania zawartosci apteczki, ani nawet&lt;br&gt;pytania o cel podrozy - pieczatka do paszportu i to wszystko. Kartke z&lt;br&gt;naszymi danymi, wypelniona jeszcze w samolocie, takze ostemplowano i&lt;br&gt;polecono oddac przy wyjezdzie.&lt;br&gt;Z lotniska pojechalismy metrem do centrum. Jest tu niesamowicie czysto&lt;br&gt;- slynne zakazy przynosza rezultat, w metrze nie wolno jesc ani pic,&lt;br&gt;na niemal sterylnie czystej podlodze z oburzeniem wiec zauwazylismy&lt;br&gt;jeden papierek.&lt;br&gt;Miasto robi wrazenie rozmiarami i wzajemnym ukladem wiezowcow, innych&lt;br&gt;nowoczesnych i ciekawych architektonicznie budynkow, zabudowy w stylu&lt;br&gt;kolonialnym oraz obfita i wypielegnowana zielenia. Wszystko to&lt;br&gt;podkreslone jest jeszcze przez wkraczajace do city morze. Ze stacji&lt;br&gt;City Hall, po przezwyciezeniu oszolomienia i czesciowym rozszyfrowaniu&lt;br&gt;mapy, ruszylismy na przechadzke . Spacerowalismy wokol budynku opery o&lt;br&gt;charakterystycznych luskach. Magda zjadla loda o smaku owocu duriana -&lt;br&gt;ciezko okreslic smak: czosnek, cebula i cos slodkiego - nie wiem, czy&lt;br&gt;chce go skosztowac. Zrobilismy, jak chyba wszyscy turysci, obowiazkowe&lt;br&gt;zdjecie z symbolem miasta. Zajrzelismy tylko nad rzeke, a bardziej&lt;br&gt;kanal Singapur i zaczelismy sie zbierac do Malezji z mysla, ze cale&lt;br&gt;szczescie jeszcze tu wrocimy i to na chinski Nowy Rok.&lt;br&gt;Hotel zarezerwowalismy w Johor Bahru - dwa razy taniej niz w&lt;br&gt;Singapurze i blizej na lotnisko z ktorego polecimy na wyspe Penang.&lt;br&gt;Wiedzielismy z przewodnika, ze jedzie tam autobus 170, ale nie udalo&lt;br&gt;nam sie znalezc miejca z ktorego odjezdza. Sympatyczn mloda Muzulmanka&lt;br&gt;skierowala nas na stacje metra Newton, z ktorej jechal autobus, ale&lt;br&gt;171. Pytalismy kilku osob i w koncu pojechalismy na stacje metra&lt;br&gt;Woodlands, przy ktorej jest dworzec autobusowy - 950 zawiozl nas do&lt;br&gt;mostu do Malezji. Kontrola graniczna odbywa sie po 2 stronach mostu:&lt;br&gt;wysiadamy z autobusu po jednej stronie, odprawa Singapurska, wisadamy,&lt;br&gt;jedziemy i po drugiej stronie Malezyjska. Po przekroczeniu granicy od&lt;br&gt;razu widac roznice w czystosci, Malezja duzo bardziej przypomina pod&lt;br&gt;tym wzgledem inne kraje muzulmanskie. Od razu znalazlo sie tez mnostwo&lt;br&gt;pomocnych panow proponujacych hotel, taxi, etc. Wyplacilismy z&lt;br&gt;bankomatu troche ringittow i pojechalismy taxowka - tania i bez&lt;br&gt;naciagania, do hotelu Okid w nowej dzielnicy Johor Bahru. Potem&lt;br&gt;jeszcze kolacja z ostrej wolowiny. Magda chciala zamowic lokalne piwo,&lt;br&gt;a dostala Warsteinera (problemy z komunikacja - asian english v.&lt;br&gt;polish english:)&lt;br&gt;A jutro rano pobudka, o 10 samolot na Penang...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;iframe align=left src=http://www.flickr.com/photos/22739878@N05/sets/72157603802888377/show/ frameBorder=0 width=670 scrolling=no height=450&gt;&lt;/iframe&gt;</description><link>http://www.iitis.gliwice.pl/~kil/blog/2008/01/singapur-i-johor-bahru.html</link><author>Kiler</author></item><item><guid isPermaLink='false'>tag:blogger.com,1999:blog-9168220205165113289.post-6601978769930639301</guid><pubDate>Sun, 20 Jan 2008 21:44:00 +0000</pubDate><atom:updated>2008-01-20T22:46:13.347+01:00</atom:updated><title>Przed wyjazdem</title><description>6 i pół godziny do wyjazdu...&lt;br /&gt;Ostatnie przygotowania, już jesteśmy zachekinowani na lot, jeszcze trochę i zaczniemy się pakować :-)</description><link>http://www.iitis.gliwice.pl/~kil/blog/2008/01/przed-wyjazdem.html</link><author>Kiler</author></item><item><guid isPermaLink='false'>tag:blogger.com,1999:blog-9168220205165113289.post-6871697207050677564</guid><pubDate>Sat, 12 Jan 2008 11:44:00 +0000</pubDate><atom:updated>2008-01-12T14:29:34.102+01:00</atom:updated><title>Mapa</title><description>Mapa, na której w trakcie podróży będziemy kolejne etapy podróży - na razie dworzec kolejowy w Zabrzu, jako początek naszej wyprawy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;  &lt;div id="map" style="width: 600px; height: 500px"&gt;&lt;/div&gt;</description><link>http://www.iitis.gliwice.pl/~kil/blog/2008/01/mapa.html</link><author>Kiler</author></item><item><guid isPermaLink='false'>tag:blogger.com,1999:blog-9168220205165113289.post-2901943278172736153</guid><pubDate>Thu, 10 Jan 2008 18:32:00 +0000</pubDate><atom:updated>2008-01-10T10:36:23.377+01:00</atom:updated><title>Przygotowania</title><description>Plan:&lt;br /&gt;3 tygodnie w Azji południowo-wschodniej&lt;br /&gt;Trasa:&lt;br /&gt;Zabrze-&gt; Singapur -&gt; Malezja -&gt; Kambodża -&gt; Tajlandia -&gt; Singapur -&gt; Zabrze&lt;br /&gt;Stan przygotowań:&lt;br /&gt;Kupione bilety lotnicze (KLM i AirAsia), zrobione szczepienia, zarezerwowany hotel w Singapurze i sporo czasu spędzonego na czytaniu opisów z podróży w te rejony</description><link>http://www.iitis.gliwice.pl/~kil/blog/2008/01/przygotowania.html</link><author>Kiler</author></item></channel></rss>